Jurydyki Krakowa

Temat, którym teraz się zajmiemy, może wydawać się umiarkowanie frapujący. Ot, trochę historii – jednak bez wielkich dowódców, krwawych bitew, czy intryg na monarszych dworach. Ale umówmy się – kiedyś w końcu trzeba było i o tym napisać. A my spróbujemy zrobić to w możliwie strawny i przystępny sposób. Tak, w tym wpisie będzie więc o krakowskich jurydykach.

SPIS TREŚCI

Jurydyki

Zacznijmy od tego, że jurydyki stanowią swego rodzaju ewenement. Jest to (zasadniczo) czysto polski wynalazek, nasz twórczy wkład w światową myśl urbanistyczną. Co to właściwie są te jurydyki? Najłatwiej powiedzieć: przedmieścia. Tyle, że posiadające odrębny status administracyjny. Zjawisko to samo w sobie nie jest czymś wyjątkowym – również poza Polską. Ale już ich późniejszy rozwój i wysyp na masową skalę, nie był nigdzie indziej spotykany.

Jak wiemy, granice średniowiecznego miasta były dość ściśle określone i z reguły pokrywały się z linią fosy i miejskich fortyfikacji. Wszystko co pozostało poza tą linią stanowiło już przedmieścia. Przedmieścia takie pełniły przeważnie funkcje pomocnicze, usługowe względem samego miasta, wszak w ciasnym obrębie murów nie sposób było pomieścić wszystkiego co potrzebne do jego funkcjonowania. Niekiedy miasto przejmowało kontrolę nad jakimś przedmieściem, tworząc sobie taką „filię” miasta poza murami – w przypadku Krakowa tak było z Garbarami, zaś „kolonią” dla Kazimierza był Stradom. Obie te osady otrzymały od swych miast – patronów pewien samorząd, były więc nadzorowane, ale jednocześnie same mogły decydować o części swoich spraw.

Z czasem jednak na podobny pomysł wpadli też inni. Skoro posiadamy grunty wokół jakiegoś miasta, czemu by ich nie wykorzystać biznesowo? Zakładanie wioski u wrót miejskich murów nie miało sensu. Ale gdyby wykreować inny typ osady? Takiego mini-miasteczka? W ten sposób zaczęły powstawać jurydyki – podmiejskie osiedla, całkowicie wyłączone jednak spod władzy miasta, spod jego jurysdykcji (stąd nazwa). 

Jak to było możliwe? Pamiętajmy o ówczesnym podziale stanowym i przywilejach, którymi obdarzone była szlachta i duchowieństwo. Ich majątek był całkowicie niezależny i nawet jeśli leżał na terenie miasta, nie podlegał kontroli władz miejskich. Przykładowo, kamienica szlachecka mogła stać w samym rynku, ale żadne przepisy wydawane z ratusza nie miały prawa jej dotyczyć. „Jaśnie pan” mógł gwizdać sobie na wszelkie zarządzenia magistratu. Jego posesja zaś zwolniona była z miejskiego podatku. Wykorzystując możliwości prawne, zaczęto więc wokół miast królewskich      w całej Polsce tworzyć „komercyjne” osady różnego typu. Jedne były maleńkie, obejmujące ledwie tyle co obszar posesji jej właściciela. Inne przybrały formę miasteczek, lokowanych wręcz na prawie magdeburskim czy chełmińskim (!). Ich założyciele (początkowo głównie środowiska duchownych, biskupstwa, parafie) byli poniekąd niepodzielnymi władcami, nie podlegali miastu, sami stanowili prawa w swoich osadach. Nie znaczy to, że panowała tam samowola – najczęściej jurydyki posiadały jakąś formę samorządu, czy własne sądownictwo. Przywilej na założenie jurydyki, każdorazowo wystawiał król.

Sukces jurydyk polegał jednak przede wszystkim na ich mieszkańcach. Poszczególni właściciele regulowali niekiedy przepisami kto może mieszkać w ich jurydyce, a kto nie (przykładowo w niektórych jurydykach np. duchownych niechętnie widziano szlachtę, gdyż taki mieszkaniec byłby… samodzielny i nie podlegałby prawom i podatkom jurydyki – spryciarze!). Generalnie jednak mile widziano wszelkich nowych przybyszy, a ci równie ochoczo korzystali z zaproszenia. Jurydyki były ośrodkami handlu i rzemiosła. Ich sukces tkwił w możliwościach zawodowych mieszkańców – nieskrępowanych tutaj skostniałym, archaicznym systemem cechowym, jaki panował w miastach. Nie możesz z jakiegoś powodu zostać członkiem cechu? Zapraszamy do nas! Wykonujesz bez przeszkód swoją robotę i masz zagwarantowany zbyt! Cena twoich towarów jest wszak niższa, niż tych samych produktów wytworzonych w sąsiednim mieście. A cóż jest milsze potencjalnemu klientowi, jeśli nie „promocja”?

Czynnych zawodowo mieszkańców jurydyk nazywano partaczami. O czym to świadczy? W zasadzie o niczym. Może poza tym, że cechy tworzyły sprawną propagandę, na tyle skutecznie oczerniającą „jurydyczan”, że słowo partacz stało się synonimem twórcy wyrobów o niskiej jakości. Owszem, bywało i tak, ale wcale nie musiało! Często produkty te nie różniły się na niekorzyść od cechowych. Zaś samo określenie pochodzi od słowa „pars” – strona (pracować „a parte” – na stronie, na boku, poza oficjalnym systemem).

Oprócz jurydyk miejskich (jak Garbary) i duchownych (np. Biskupie), z czasem do ich zakładanie energicznie wzięła się szlachta i magnaci. Ale bywały i jurydyki szpitalne, a nawet królewskie. W Krakowie dodatkowo funkcjonowały także uniwersyteckie. System jurydyk otoczył polskie miasta szczelnym wieńcem, a same miasta – pozbawiane praw i słabnące ekonomicznie – mogły się tylko temu przyglądać. Ocena tego zjawiska jest jednak złożona. Z jednej strony jurydyki stanowiły „nieuczciwą” konkurencję względem miast, utrudniały ich rozwój terytorialny, komplikowały kwestie związane z obroną przed najeźdźcami. Z drugiej jednak… paradoksalnie napędzały rozwój, tyle że nie samych miast, a całego zespołu miejskiego, aglomeracji. Przecież nasze miasta i tak tkwiły wtedy w kompletnej stagnacji. Trudno wyobrazić sobie, że gdyby nie jurydyki, Kraków sam z siebie rozrósłby się poza obręb murów np. w XVII, czy XVIII wieku. Jego żywotność gospodarczą podtrzymywały wówczas (oddolnie) właściwie wyłącznie jurydyki. W polskich warunkach to one odpowiadały za rozwój naszych miast, chociaż niewątpliwie kosztem pewnego chaosu i konfliktów. „Nowotwór” podtrzymujący życie pacjenta?

Problemy te dostrzegły z czasem i władze państwowe. Jeszcze w XVII stuleciu, sejm usiłował kilkukrotnie uchwalić zakaz zakładania nowych jurydyk, później zaczęto w końcu postulować ich likwidację, ale nic z tego nie wyszło. Kres istnieniu jurydyk położyła formalnie dopiero ustawa ‚Prawo o miastach z 1791’, potwierdzona przez Konstytucję 3 Maja. W praktyce przetrwały one do końca istnienia Rzeczypospolitej i przeszły do historii razem z nią. Zaborcy ostatecznie je zlikwidowali, ich obszar został wchłonięty przez rozrastające się tym sposobem miasta. Włodarze miast się cieszyli – nie tylko wreszcie pozbyli się konkurencji, ale w spadku dostali zasadniczo zagospodarowane już tereny, których nie trzeba było planować od zera. A ślady dawnych jurydyk, są czytelne w Krakowie po dziś dzień.

 Plan miasta Krakowa i okolic w dobie Sejmu Czteroletniego z wyrysowanymi jurydykami (Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. Zb. Kart. II-93);

Garbary

Nakreśliliśmy już sobie dość ogólnie, czym były otaczające niegdyś Kraków jurydyki. Teraz czas przyjrzeć się im dokładniej. Przynajmniej niektórym z nich (oczywiście starannie przez nas wyselekcjonowanym i podanym w atrakcyjnym opakowaniu). Na początek serwujemy Garbary.

Dlaczego akurat Garbary? Bo to w zasadzie historycznie pierwsza jurydyka krakowska. W dodatku także największa. Garbary więc, to zachodnie przedmieście dawnego Krakowa, określane jako położone „przed Bramą Szewską”. I może od określeń właśnie zaczniemy. Początkowo bowiem obszar ten zwano „Piaskiem” (do dziś mówi się bezwiednie: kościół karmelitów na Piasku). Faktycznie były to piaszczyste, nieurodzajne rejony. Skąd ten piach? Ano oczywiście naniesiony przez Wisłę, która tak się składa, że przed wiekami płynęła sobie całkiem niedaleko stąd. I dopiero później, na terenie przedmieścia Piasek, założono jurydykę Garbary (a więc coś jak utworzenie miasta Kazimierz na terenie wsi Bawół). Obszar ten został nabyty przez władze Krakowa (za 100 grzywien) w 1363 roku i – pomimo położenia poza murami – został w ten sposób podporządkowany ówczesnej stolicy. By zaakcentować pewną niezależność tego terenu, Garbary otrzymały własny samorząd, choć powoływany przez krakowskich radnych. 

Skoro już wiemy, iż był to rejon raczej nieurodzajny, to po co był miastu potrzebny? I tu znów wróćmy do kwestii nazewnictwa – Garbary, to nazwa osady typowo służebnej, a więc takiej, której mieszkańcy zajmowali się bardzo konkretną działalnością; w większości wykonywali oni jeden, wspólny dla wszystkich zawód (stąd nazwy wiosek typu: Bartodzieje, Bobrowniki, Grotniki, Jadowniki, Łagiewniki, Mydlniki, Sokolniki, Winiary itp.). Osadę Garbary zajmowali więc w znacznej mierze garbarze, czyli osobnicy (z grubsza) zajmujący się wyprawianiem zwierzęcych skór. Już nie wchodząc w szczegóły, skóra należała wówczas do absolutnie podstawowych materiałów, ich rola w życiu miasta była więc znaczna (bynajmniej nie przypadkowo mamy w pobliżu ulicę Szewską). Ale nie oni jedni zamieszkiwali tą jurydykę. Przyjrzyjmy się nazwom tutejszych ulic; współczesnym nazwom, ale odwołującym się do przeszłości tego miejsca (jak wręcz mało gdzie w Krakowie): Garbarska, Garncarska, Krupnicza, Dolnych Młynów. Określenia te świadczą jednoznacznie o profesji osób niegdyś tu mieszkających. Liczne młyny (w tym te mielące kaszę, krupy), warsztaty garncarskie, ale też słodownie, browary, topnia srebra, szlifiernia noży, zakłady wytwarzające kafle czy dachówki. A więc już wiemy! Było to po prostu zaplecze przemysłowe dla Krakowa. Na tego typu obiekty nie było miejsca w obrębie murów. W dodatku ich charakter (zwłaszcza branża skórzana, ale nie tylko) miał bardzo niekorzystny wpływ na zdrowie obywateli, z czego już wówczas zdawano sobie poniekąd sprawę. Dlatego starano się lokować takie zakłady na przedmieściach. Ciekawostka: współczesne badania archeologiczne wykazały, że grunt na Garbarach jest po dziś dzień stosunkowo silnie skażony metalami ciężkimi (np. cynkiem i ołowiem), co jest pokłosiem setek lat działalności przemysłowej na tym terenie. Szkodliwe wyziewy i tak zresztą niestety oddziaływały na krakowian. Dominujące wiatry zachodnie, wwiewały je bowiem wprost do miasta (dużo korzystniej pod tym względem została rozlokowana „wschodnia dzielnica przemysłowa”, a więc rzeźnie miejskie na Kotłowem). Było to zatem niegdyś okolica cuchnąca i niezdrowa, a woda systematycznie podtruwana ściekami. A skąd woda?

Zwróćmy uwagę na charakter branż tu dominujących – garbarnie, słodownie, młyny, łaźnie. Do tego wszystkiego niezbędna była dostateczna ilość wody. Zapewniało ja sztuczne koryto Rudawy, czyli Młynówka (znów zwracamy uwagę na wiele „mówiącą” nazwę). Rzeka ta, płynęła od Mydlnik, zaopatrywała krakowskie wodociągi i częściowo kończyła swój żywot w fosie miejskiej, gdyż w tym właśnie celu ją tu przekopano. Po drodze jednak przepływała właśnie przez Garbary, stanowiąc podstawę tutejszej gospodarki. Używano jej w celach technicznych (np. garbarnie) oraz jako źródło energii (młyny, rurmus). Ostatnie relikty Młynówki zlikwidowano dopiero po II wojnie światowej, chociaż cierpliwi wypatrzą pewne jej ślady po dziś dzień (pisaliśmy sobie już o tym kiedyś).

Same Garbary trochę przypominały małe miasteczko –  w sumie chyba najbardziej ze wszystkich jurydyk. Miały swój ryneczek – to jest dzisiejszy, początkowy, szerszy odcinek ulicy Karmelickiej (ten przy Bagateli), zwany dawniej ulicą… Szeroką. Przy ryneczku stał ratusz (właściwie to stoi do dziś – skromny barokowy domek przy Karmelickiej 12). Funkcjonowało tu nawet coś na kształt miejskiej bramy, drewnianej zapewne – ale o tej tajemniczej dziś budowli nic prawie nie wiemy. Istniało tu sporo sadów i ogrodów. Głównym kościołem Garbar był… nie, nie – bynajmniej nie ten karmelicki! Otóż przy dzisiejszej Łobzowskiej istniał kiedyś kościół św. Piotra Małego wraz z cmentarzem – ale było to tak dawno, że już nawet najstarsi krakusi go nie pamiętają. Podlegał zresztą parafii św. Szczepana. Tak jak tutejsze cechy rzemieślnicze podporządkowane (poza jednym) cechom krakowskim. Właściwie to i same Garbary administracyjnie podchodziły pod ówczesne „dzielnice” Krakowa – kwartały: garncarski i sławkowski – mimo położenia poza miastem! Mieszkańcy przedmieścia rozliczali więc swoje PIT-y w Krakowie.

Mieszkańcami jurydyki byli przez kilka stuleci etniczni Niemcy. Polacy stanowili tu mniejszość i polonizacja tego obszaru następowała stosunkowo powoli. Garbary były zamożne i ruchliwe, bardziej nawet zaludnione od miasta Kleparza (!). Ale i buntownicze zresztą bywało to przedmieście. Miejscowi domagali się silniejszej od Krakowa autonomii. Zaś w 1587 roku, podczas oblężenia Krakowa przez wojska arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, mieszkańcy Garbar udzielili aktywnej pomocy najeźdźcy. Jako że Habsburg jednak przegrał, a historię piszą zwycięzcy, po odpędzeniu wroga dokonano zemsty, w postaci czegoś, co można by nazwać dziś czystkami etnicznymi. Przeprowadzano masowe mordy na zdradzieckich garbarzach „sród krzyku i błagania o litość Niemek”. Owe błagania nic jednak nie dały – urządzano samosądy, rabowano mienie, a pobliska Rudawa tak szybko zapełniła się trupami, że jak donoszą pożółkłe kroniki „woda ze krwią się zmieszała, tak, iż ryby opiwszy się krwie zdychały”. Wystarczy drastycznych szczegółów. Spalone Garbary nie wróciły już do pełnej świetności, tym bardziej, że kilkadziesiąt lat później, poszły z dymem raz jeszcze – podczas „potopu” szwedzkiego. A potem palono je i rabowano (jak i całe miasto) już tylko coraz częściej. 

Dziś Garbary są śródmiejską częścią Krakowa. Zapomnianą, a chyba niesłusznie. Przez stulecia pomagały żywić i przyodziewać krakowian. Wspomnijmy sobie chociaż czasem o ich istnieniu podążając Garbarską czy Krupniczą. Albo czekając na tramwaj pod Bagatelą, zerknijmy łaskawym okiem na dawny ratusz. Jest to przedmieście do dziś w zaskakująco małym stopniu przebadane przez naukowców: zarówno historyków – archiwistów, jak i archeologów. To oznacza tylko jedno – do odkrycia jest tu jeszcze wiele. Tym lepiej dla wszystkich miłośników Krakowa!

Biskupie

Czas na przechadzkę po sąsiadującym z Garbarami (przez Młynówkę) przedmieściu Biskupie. To również ciekawa okolica, zamieszkana przez wcale nie mniej sympatycznych mieszkańców. Poznajmy ich bliżej. 

Zacznijmy od lokalizacji, gdyż zasadniczo miejsce zwane „Biskupie” nie istnieje w społecznej świadomości dzisiejszych krakowian. Granicami tej jurydyki były więc mniej więcej: od zachodu dawna Młynówka (równoległa do ul. Łobzowskiej), a od wschodu ul. Długa. Główną osią była dzisiejsza ulica Krowoderska, przez całe stulecia zwana właśnie Biskupią.

Biskupie powstało na terenach od zamierzchłych wieków należących do biskupów krakowskich, z czasem jeszcze dodatkowo rozszerzonych. Biskupi mieli tu swoją podmiejską, letnią siedzibę – już w XIII wieku teren ten zwany jest „Białą Wieżą”, co może sugerować istnienie tu jakiejś kamiennej budowli mieszkalno-obronnej. Później obiekt przekształcił się w wytworny renesansowy pałac z okazałym ogrodem, ostatecznie zniszczony podczas szwedzkiego „potopu”. Nigdy już go nie odbudowano, do dziś nawet trwają spory, w którym miejscu stała ta budowla. 

Wykorzystując swoje uprawnienia i możliwości, biskupi założyli na tych gruntach dochodową jurydykę, jedną z pierwszych w Krakowie. Początkowo istniał tu folwark, z czasem przekształcony praktycznie w miasteczko – na prawie niemieckim. I to nie takie małe. Jurydyka otrzymała własny samorząd, na którego czele stał osobnik zwany „vladariusem” – czyli włodarzem, mianowany zawsze przez biskupa. Z czasem wprowadzono też specjalną ordynację zabezpieczającą przed potencjalnym rozdrobnieniem tych gruntów. Biskupie stało się poważnym ośrodkiem gospodarczym o charakterze rzemieślniczo-ogrodniczym, podległym parafii św. Szczepana. Mieszkańcy musieli w ramach pańszczyzny m.in. kosić łąki w dobrach biskupich na Prądniku. Zamieszkiwali tu licznie piekarze, ogrodnicy, krawcy, szewcy, a także ludzie służący na co dzień na dworze biskupim. Potencjał ekonomiczny Biskupiego był źródłem niesłychanego utrapienia dla miasta Krakowa. Była to jedna z najbardziej uciążliwych i szkodliwych podkrakowskich jurydyk. Dlaczego? 

Jurydyka Biskupie. Źródło: https://www.poczetkrakowski.pl/maleojczyzny/i-byle-miasta-satelickie-krakowa/byle-jurydyki-krakowa/

Jak już wiemy, Garbary były jurydyką miejską – należały do Krakowa i to Kraków czerpał z niej dochody. Rzemieślnicy garbarscy przynależeli w większości do cechów krakowskich, wzajemna koegzystencja układała się więc w miarę pomyślnie. Na Biskupiem było inaczej. Z punktu widzenia miasta, była to osada prywatna, jej mieszkańcy nie należeli do krakowskich cechów – byli klasycznymi „partaczami”, czy też „przeszkodnikami” jak dawniej mówiono. I to drugie właśnie słowo, lepiej chyba oddaje istotę zjawiska. Kilkusetletnia historia Biskupiego, to ciąg awantur, oskarżeń, pozwów i procesów, a nawet wyrządzania fizycznej szkody przeciwko mieniu mieszkańców – oczywiście sprawcami byli krakowianie, czujący się pokrzywdzonymi z powodu nieuczciwej konkurencji. Rzemieślnicy z Biskupiego bez oporów handlowali wytworzonymi przez siebie towarami, nie przejmując się żadnymi ograniczeniami cechowymi. Nierzadko były to produkty wcale niezłej jakości, wyraźnie natomiast tańsze od „miejskich”. I… łatwiej dostępne. Prawdopodobnie bowiem np. piekarnie krakowskie nie wytwarzały tyle chleba, ile było potrzebne na co dzień w mieście. I w tę lukę rynkową wciskali się obrotni piekarze    z Biskupiego! Nie ma czegoś w Krakowie? Albo jest ale drogo? Odpowiedzialny za zakupy w domu, udawał się po prostu na przedmieście – tam było zawsze „wszystko i tanio”. 

Mieszkańcy Biskupiego wykorzystywali też bałagan prawny – królowie raz zatwierdzali im prawo swobodnego handlu (np. pieczywem), chwilę później (pod wpływem władz Krakowa) – odwoływali je. I tak w kółko. W dodatku mieli oni możnego protektora, w osobie biskupa krakowskiego – a był to urząd niezwykle wpływowy w dawnej Rzeczypospolitej. Dzisiaj wydaje się jednak, że jurydyka ta nie stanowiła dla Krakowa jakiegoś szczególnego zagrożenia – stanowić je mogła natomiast dla miasta Kleparza. Potencjał gospodarczy Biskupiego był (zdaniem badaczy) porównywalny do potencjału takich małopolskich miast jak… Chrzanów, Sącz, czy Olkusz! A mieszkańcy reprezentowali wszystkie funkcje    i zawody, typowe dla przeciętnego, samodzielnego miasteczka. Jurydyki podkrakowskie bywały więc silniejsze ekonomicznie od Kleparza.

Ale i tu nie brakowało problemów. Przede wszystkim, Biskupie pozbawione było jakichkolwiek fortyfikacji – drewniana zabudowa dzieliła więc losy innych przedmieść  i szła z dymem, podczas każdej zawieruchy wojennej wokół Krakowa. Przykładowo po „potopie” z 51 dawnych domów doliczono się… 5. Plus jednej „budy”. Biskupi rozważali nawet, czy całkowicie nie zaniechać odbudowy. W zamian zamierzano lokować nowe miasteczko (nazwane Stanisławów), na Prądniku Białym. Ostatecznie podźwignięto jednak Biskupie z ruin, nadając przy okazji jurydyce nowy kształt urbanistyczny – otrzymała ona cos w rodzaju głównego placu (dzisiejsza ulica Biskupia, zwana zresztą powszechnie „placem” właśnie). 

Wraz z postępującym upadkiem państwa i miasta (a więc i poniekąd społeczeństwa), jedną ze smutnych specjalności Biskupiego stało się gorzelnictwo. Po wejściu Austriaków, wraz z innymi jurydykami, włączono je w obręb Krakowa. Co z Biskupiego zostało do dziś (poza zszarganymi nerwami krakowian)? Faktycznie nie tak wiele. Najbardziej w oczy rzuca się właśnie dawny ryneczek – dzisiejsza ulica Biskupia. Resztki licznych ogrodów ostatecznie rozparcelowano w okresie międzywojennym. Z zabudowy przedmieścia nie przetrwało zupełnie nic – z wyjątkiem jednego obiektu. Chodzi o (zlokalizowany właśnie przy „ryneczku”) zespół klasztorny sióstr Wizytek. Powstał on w ramach odbudowy przedmieścia po „potopie” – być może na miejscu dawnej rezydencji biskupów. Ten barokowy kompleks ufundował biskup Jacek Małachowski, jako wotum w podzięce za ocalenie życia podczas wypadku. Biskup poszedł trochę „po taniości”, stawiając kościół akurat na swoich gruntach, ale to w sumie praktyczne podejście i każdy na jego miejscu chyba by tak zrobił? Zapewne w niebiosach będzie mu to wybaczone.

Owszem, Biskupie dało się trochę we znaki dawnym krakowianom. Ale nie ulega wątpliwości, że jego mieszkańcy byli prywatnie z pewnością bardzo sympatyczni – dokładnie tak jak obiecywałem we wstępie. Nieprawdaż?

Wesoła – jurydyka XXI w.

Skoro poznaliśmy już jurydykę miejską i kościelną, dziś więc czas na szlachecką. Tym razem zlokalizowaną na wschód od Rynku. W drogę!

Tereny, o których teraz będzie mowa, mają bardzo długa historię i różnie też bywały nazywane: raz określano je mianem Wał Miejski, innym razem jako Przedmieście św. Mikołaja. Ta druga – szczególnie miło nam dziś brzmiąca nazwa – nawiązuje do ulicy Mikołajskiej i zamykającej jej niegdyś bramy o tej samej nazwie. Ulica ta wiodła bowiem wprost na opisywane dziś przez nas przedmieście. Istniała tu bardzo stara osada, zlokalizowana przy niemniej starym (grubo jeszcze przedkolacyjnym) kościele św. Mikołaja, a wszystko to funkcjonowało przy (jeszcze starszej) drodze – prowadzącej z Krakowa na Ruś. To jeden z najdawniejszych i najważniejszych historycznych traktów w naszym mieście (ob. ul. Kopernika). Przy nim zaś od zamierzchłych czasów funkcjonowała osada. Właśnie takie osady stanowiły zaczyn, z którego w przyszłości wyrosło ciasto… tzn. miasto Kraków. Los chciał jednak, że ta akurat osada, nie została objęta programem lokacji Bolesława Wstydliwego w 1257 roku           i pozostawiono ją poza granicami miasta. Tak oto jedno z centrów osadniczych Krakowa, stało się jedynie jego przedmieściem. 

Brama Mikołajska, akwarela A. Płonczyński, XIXw.

Jak już wiemy, tutejsza droga stanowiła element arcyważnego szlaku handlowego łączącego Kraków z Rusią (czy też Kraków raczej był jednym z punktów na trasie, biegnącej dalej na Zachód, ale to w tej chwili nie ma dla nas znaczenia). I to tu – przy kupieckim trakcie wschodnim – stanął kościół p.w. św. Mikołaja, który jest akurat patronem kupców i… Rusi właśnie. Przypadek? Tak mógłby uważać jedynie ktoś wysoce nierozsądny. Dzięki takiemu posunięciu bowiem, kupcy przybywający ze wschodu, witani byli u bram Krakowa właśnie przez kościół noszący wezwanie ich ukochanego patrona! Po setkach kilometrów wędrówki np. z Kijowa, czekał ich jakże miły akcent. I jak tu w tym gościnnym Krakowie, nie wejść w różnorakie biznesy z miejscowymi? Doprawdy, wezwania kościołów NIGDY nie bywały przypadkowe…

Mijały lata, a nawet wieki. Kupcy przybywali i odjeżdżali, przedmieście mikołajskie zyskało charakter częściowo przemysłowy (rzeźnia cechowa na Kotłowem, blich miejski i młyny na brzegu Prądnika – która to rzeka przepływała wówczas tuż obok kościoła św. Mikołaja). Pozostawało jednocześnie przedmieściem stosunkowo zielonym, o niezbyt gęstej zabudowie, w tym licznych willach i dworkach rozsianych wśród ogrodów. Funkcjonował tu zbór kalwiński z cmentarzem (stąd dziś nazwa ulicy Ariańskiej), oraz celestat – strzelnica miejska. I dopiero w 1639 roku, po raz pierwszy w dziejach miasta, pojawia się nowa nazwa dla tego obszaru: Wesoła.

Nazwę taką wybrała ówczesna właścicielka tych terenów, Katarzyna z Ostrogskich Zamoyska – potężna magnatka i doświadczona inwestorka (założycielka np. miasta Janów Lubelski), która powołała do życia pierwszą szlachecką jurydykę w Krakowie. Nie wiadomo skąd wzięła się ta nazwa. Może było tu po prostu zielono, sielsko i przyjemnie? Dopiero w 1642 roku, akt lokacji zostaje zatwierdzony przez króla. Ze wszystkich szlacheckich jurydyk Krakowa, Wesoła funkcjonowała jako najsilniejsza gospodarczo, ale i tak daleko jej było choćby do np. jurydyk duchownych. Co ciekawe, właścicielka, Katarzyna Zamoyska, sprzeciwiała się osiedlaniu partaczy na swym terenie – przynajmniej oficjalnie. I tu nie obeszło się jednak bez sporów sądowych z miastem – w dodatku przez Kraków przegranych. Sami Zamoyscy w różnych dokumentach nazywali swą jurydykę „miasteczkiem Wesoła pod Krakowem”. Z czasem Wesołą przejął inny możny ród – Radziwiłłowie. Dlatego zmieniono nazwę jurydyki na Radziwiłłowskie – ostatecznie jednak się ona nie przyjęła (pozostała na pamiątkę jedynie w nazwie jednej z okolicznych ulic) i po dziś dzień obszar ten funkcjonuje znów jako Wesoła.

Katarzyna z Ostrogskich Zamoyska.
Źródło: Wikipedia

Tak jak inne przedmieścia, Wesoła była niszczona podczas wojen i oblężeń. Z czasem wyrosły na jej terenie nowe kompleksy klasztorne. Natomiast pod koniec XVIII wieku, w wyniku likwidacji jednego z nich, ulokowano na poklasztornym terenie klinikę uniwersytecką, przeniesioną    z Małego Rynku (kiedyś sobie już o niej opowiadaliśmy). Taki był zaczątek „dzielnicy szpitalnej”, jaką w praktyce stała się z czasem Wesoła. Odtąd całe pokolenia krakowian rodziły się, leczyły, jak i umierały w szpitalach „na Kopernika”.

Z innych obiektów historycznych na Wesołej, należy wspomnieć o Ogrodzie Botanicznym i towarzyszącym mu Obserwatorium Astronomicznym – jest to relikt jednego z licznych tu niegdyś założeń pałacowo-ogrodowych. Nad dzielnicą do dziś dominuje potężna wieża kościoła Jezuitów    z początku XX wieku – jednego z najokazalszych w Krakowie. Z rozmysłem użyłem tu słowa „dzielnica” – w 1859 roku bowiem, Wesoła osiągnęła status dzielnicy katastralnej nr VI. A warto wiedzieć, że podział katastralny, jest do dziś przez „ortodoksyjnych” krakusów uważany za bodaj najdoskonalszy, najbardziej klasyczny i logiczny w dziejach miasta. A może przywiązanie do niego wynika z tego, że był jednym z najdłużej funkcjonujących? Ten system podziału administracyjnego przetrwał niemal 100 lat! Do dziś też na obszarze Wesołej znajduje się historyczny Celestat – miejsce spotkań Bractwa Kurkowego – choć nie całkiem tam gdzie przed wiekami.

Na koniec zaś słówko o dalszych losach Wesołej. Jest to bowiem rzadki przypadek, gdy obszar jurydyki szlacheckiej stał się własnością miejską. Kiedy? Nie tak znowu dawno, jesienią 2019 roku. Wówczas to władze Krakowa, odkupiły ten teren od Collegium Medicum UJ. Stało się to możliwe dzięki długo wyczekiwanej przeprowadzce tutejszych klinik, do nowoczesnego kompleksu szpitalnego na Prokocimiu. I tu zasadnym staje się pytanie: co dalej?

„Oto w 1 ćw. XXI wieku, władze miasta stanęły przed niebywałą szansą wykreowania nowej dzielnicy – ostatniej już do zagospodarowania przestrzeni w szeroko rozumianym centrum Krakowa” – tak kiedyś zapewne napiszą o tym (znacznie poważniejsi od nas) historycy. Jak będzie brzmiał jednak koniec powyższej wzmianki? Uda się zrobić to należycie? Czy jesteśmy w stanie stworzyć na Wesołej miejsce, z którego będziemy mogli być dumni przed następnymi pokoleniami? Władze Krakowa uspokajają: wszystko będzie cacy. Miejscy aktywiści krytykują: już wszystko idzie źle. Bez wątpienia wyprowadzka klinik i likwidacja nasypu kolejowego radykalnie odmienią oblicze dzielnicy. Należy mądrze pokierować dalszymi zmianami, by uzyskać nową przestrzeń o europejskiej jakości. Dotychczasowe dokonania w tej dziedzinie (np. tzw. Nowe Miasto przy dworcu, III Kampus UJ na Ruczaju, otoczenie tak prestiżowych obiektów jak Centrum ICE i Tauron Arena) każą zachować daleko idącą ostrożność. Ja jednak jestem naiwnym optymistą. Monitorujmy sytuację. I trzymajmy kciuki za jurydykę Wesoła. Jej historia jeszcze się nie zakończyła.

To tyle w tym wpisie 🙂 Po więcej zapraszamy na nasz blog!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *