NOWA HUTA

Nowa Huta. Napisano o niej już wiele. Dominującą jest teza, iż była ona zemstą na konserwatywnym, klerykalno-hrabiowskim „Krakówku”, który nie przyjął z należną czcią nowej ludowej władzy. W praktyce, jak to przeważnie bywa, rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Ciekawy? Zapraszamy do lektury!

SPIS TREŚCI

Kryptonim ‘GIGANT’

Wszelkie tajne operacje mają swoje kryptonimy. Operacja, o której dziś mówimy nie mogła być utajniona (choćby ze względu na swoją skalę). Ale czasy były szczególne – świat szykował się do III wojny światowej. Dołożono więc należnych starań, by nikt postronny nie dowiedział się za wcześnie, co kryje się pod projektem o tajemniczej nazwie „Gigant”. A kryła się pod nim największa inwestycja powojennej Polski. Budowa nowego miasta. Nowej Huty.

Pomysł budowy nowego, wielkiego kombinatu hutniczego i otaczającego miasta, nie był raczej związany ze słynnym referendum („głosuj 3 x TAK”), w którym krakowianie (i nie tylko zresztą oni) wyrazili się negatywnie na temat proponowanych w Polsce zmian. Powodów do nowej inwestycji było sporo – konieczność rozruszania wyniszczonej wojną gospodarki, chęć znaczącego przyspieszenia industrializacji kraju oraz katastrofalne przeludnienie polskiej wsi. Wszystkie te problemy można było po części rozwiązać budując jeden, gigantyczny zakład przemysłowy, dający pracę grubym tysiącom ludzi. Wsparcie technologiczne zaoferowali nam Sowieci (tzw. propozycja nie do odrzucenia). Pozostała jedynie kwestia lokalizacji.

Pomysłów było kilka – od Pomorza przez Gliwice, po okolice Połańca. Pod uwagę brano m.in. miejscową bazę surowcową oraz dostępność do dużej ilości wody (niezbędnej ze względów technologicznych). Kraków nie posiadał surowców. Ale był dobrze skomunikowany i można je było sprawnie i szybko dostarczać z innych rejonów. Wisła zapewniała wodę w pożądanej ilości. A sam Kraków? Stanowił doskonałe źródło kadr, inżynierów, zaplecza intelektualnego. Posiadał też gotową, rozwiniętą infrastrukturę. Dlatego 17 lutego 1949 roku zapadła ostateczna decyzja – nowe miasto wyrośnie właśnie pod Krakowem, na żyznych polach Mogiły, Krzesławic i Pleszowa.

Już 29 marca utworzono nową jednostkę administracyjną „Nowa Huta”, a w czerwcu przystąpiono do wytyczania ulic i budowy pierwszego bloku. W pierwotnej, skromniejszej wersji miasto miało liczyć ok. 60 tys. mieszkańców. Później jednak, zaplanowano dołożyć dodatkowe 40 tys. Pierwsze budynki powstawały jeszcze w szczerym polu, bez zatwierdzonego planu generalnego. Dopiero potem, zespół urbanistów i architektów (znakomitych zresztą, przeważnie o lwowskich korzeniach) przedstawił gotową wizję Nowej Huty. Projektowanej jako miasto utopijne, idealne, samowystarczalne, wzór do naśladowania w przyszłości. Rozpoczęło się więc budowanie nowego satelity Krakowa. Nie pierwszego zresztą przecież w historii.

Za „twórcę” samego Krakowa uchodzi Bolesław Wstydliwy. Kazimierz Wielki lokował miasta Kazimierz i Kleparz. Cesarz Józef II wytyczył plany Podgórza. Kto zatem lokował Nowa Hutę? Jak zwykle, sukces ma wielu ojców. Akt lokacji mógłby niewątpliwie wystawić niejaki Josif Wissarionowicz Dżugaszwili, szerzej znany światu pod pseudonimem Józef Stalin. On to właśnie „zaproponował” nam koncepcję całej inwestycji, wzorowanej w ogólnych założeniach na podobnym przedsięwzięciu w Magnitogorsku – na Uralu. Był nawet pomysł nazwania nowego miasta imieniem Stalina, ale ostatecznie zaszczyt ten przypadł Katowicom („Stalinogród”). Oficjalnie jednak, autorami Nowej Huty miały być czynniki narodowe polskie, a nie towarzysze radzieccy. Dlatego równie dobrze akt lokacji mógł wystawić polski odpowiednik Stalina (i jego wasal), Bolesław Bierut. 

Kto zaś był zasadźcą? Tu chyba trzeba by wymienić zespół projektantów z Tadeuszem Ptaszyckim na czele, Stanisławem Juchnowiczem, Januszem i Martą Ingardenami oraz wieloma innymi. Wymyślili oni wszystko co potrzebne do życia w mieście – rynek (Plac Centralny), szkoły i przedszkola, szpital, budynki dla celów kultury i rozrywki. Zaplanowali kawiarnie i księgarnie, parki, siedziby urzędów, obiekty sportowe, olbrzymi zalew (niezrealizowany), szerokie aleje i oczywiście wygodne mieszkania. Cały ten układ realizowano w oparciu o trzy osie – Miasta, Pracy i Wypoczynku. Jak przystało na porządne miasto, na rynku miał stać ratusz – będący architektonicznym miksem renesansowego ratusza w Zamościu, oraz Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Szkoda, że nie powstał. Ponadto przygotowano też projekty innych niż huta im. Lenina obiektów przemysłowych, a strefę w której były zlokalizowane oddzielono od części mieszkalnej szerokim pasem zieleni.

Wszystko jak w średniowiecznym mieście, gdzie rzeźnie, młyny i garbarnie lokalizowano poza murami obronnymi. A właściwie to i o obronności Nowej Huty pomyślano. Tyle, że zamiast baszt i fortyfikacji, urządzono system ponad 250 schronów przeciwlotniczych i przeciwatomowych. Liczne zaułki, głębokie bramy, „tajne” przejścia między blokami i „renesansowe” attyki wieńczące budynki, też projektowane były z myślą o walkach ulicznych. Co zresztą po latach srodze się zemściło na politycznych decydentach – posłużyły one za doskonałe schronienie dla… manifestantów i opozycjonistów, uciekających przed ZOMO i milicją. Zamiast spodziewanych amerykańskich żołnierzy, władza zmagała się na ulicach z własnymi obywatelami. A „zadymy” w Nowej Hucie były naprawdę ostre…

Czym skuszono przyszłych mieszkańców? Nie było wprawdzie żadnej wolnizny od opłat i tym podobnych rzeczy, ale oferowano jednak możliwość pracy, rozwoju, możliwość dostania mieszkania i przede wszystkim szansę na samo życie w mieście – co dla większość przybyszów z prowincji stanowiło życiowy awans. A parę kilometrów tramwajem i już było się pod krakowskimi Sukiennicami, i już chrupało się obwarzanka! I ów tramwaj to zresztą właściwie jedyne co łączyło ze sobą oba te miasta, przynajmniej w pierwszych latach ich koegzystencji. 

Już bowiem 31 marca 1951 roku, władze zmieniły swoje pierwotne plany dotyczące rozwoju Nowej Huty jako odrębnego miasta i włączyły ją w obręb Krakowa. Utrzymywanie obok siebie dwóch odrębnych organizmów, z własnymi urzędami i zdublowanymi instytucjami nie miało bowiem ekonomicznego sensu. Żywot miasta Nowa Huta był więc krótki i podzieliła ona wkrótce los Kazimierza, Kleparza i Podgórza, stając się jedynie dzielnicą. Zaniechano więc budowy ratusza i innych monumentalnych obiektów.

Wkrótce w ogóle odrzucono architekturę socrealizmu, zmieniając pierwotne założenia i zabudowując wszystko banalnymi w większości blokowiskami. Jednak i ten nigdy niedokończony „kikut” jest dziś wielką atrakcją, autentycznym unikatem i pamiątką czasów, w których powstawał. Również pamiątką m.in. i dla historii mojej rodziny. A tymczasem, mieszkańcy naszego miasta wciąż dzielą się na „krakusów” i „hutasów”. Mimo upływu lat, dzisiejsi nowohucianie zachowali swoją własną tożsamość. Potencjał projektu „Gigant” wciąż nie został więc jeszcze wyczerpany.

Żródło: Wikipedia

Stylowa Nowa Huta

Nowa Huta? Socrealizm! Takie pierwsze skojarzenie wywołuje pytanie o architektoniczne dziedzictwo tej dzielnicy. Ale odpowiedzieć w ten sposób może tylko ktoś, kto zna Hutę i jej historię jedynie pobieżnie, bądź też nie zna jej wcale. Przecież Nowa Huta nie powstała na pustyni! Owszem, bloki zaczęto stawiać wśród pól i łąk, ale były to pola i łąki należące do konkretnych miejscowości, często o bogatej historii. Minione epoki pozostawiły tu obiekty reprezentujące niemal wszystkie style artystyczne. Rokoko w Nowej Hucie? Ruszajmy!

Dobrze, może z rokokiem trochę przesadziłem, choć w takim opactwie mogilskim coś pewnie by się znalazło. Ale historia pozostawiła nam i tak pełną gamę stylów, o które byśmy Nowej Huty nawet nie podejrzewali. Zacznijmy jednak od czasów jeszcze przedhistorycznych – oczywiście tutaj na pierwsze miejsce wysuwa nam się obrosły legendami Kopiec Wandy. Tak, jedna z najstarszych budowli Krakowa, mniej więcej równolatek Kopca Kraka, znajduje się na terenie Nowej Huty. Nie ma w Hucie co prawda przykładów romanizmu, ale mamy za to wcale niemało gotyku. Najbardziej monumentalny zabytek dzielnicy, czyli opactwo cystersów w Mogile, to właśnie przykład wczesnego gotyku. Podobnego do tego, w jakim zbudowano (pierwotnie) krakowskie kościoły dominikanów i franciszkanów. Mimo przebudów, jest on tu wciąż doskonale widoczny. Prawdziwym unikatem, jest położony tuż obok drewniany kościółek św. Bartłomieja – to także gotycka perełka.

Nieco dalej, już na obrzeżach dzielnicy, skrył się kościół św. Grzegorza w Ruszczy – także bardzo przyzwoity przykład sztuki gotyckiej. Z zewnątrz kojarzy się trochę z krakowskim kościołem św. Krzyża. A dosłownie rzut beretem od granicy miasta (ale już poza Krakowem) mamy jeszcze jeden obiekt w tym stylu – kościół w Raciborowicach.

Skromniej reprezentowany jest renesans. Ma za to bardzo zacnego przedstawiciela – mianowicie lamus (a dawniej kasztel, dwór obronny) w Branicach. Niewiele dziś już takich w Polsce pozostało, w dodatku tak dobrze zachowanych. Niegdyś obiekt mieszkalny o warownym charakterze, z czasem zdegradowany do roli lamusa, składu rupieci – dzięki temu jednak przetrwał bez większych zniekształceń. Dziś, wraz z pobliskim dworkiem, jest częścią oddziału krakowskiego Muzeum Archeologicznego. Nie można tez nie wspomnieć o renesansowych malowidłach Stanisława Samostrzelnika w opactwie w Mogile – to zabytek istotny w skali nie tylko Krakowa. A i sam dom (czy też „pałac”) opata w tejże Mogile, to również obiekt o cechach skromnego renesansu.

Stosunkowo sporo jest i baroku w Nowej Hucie. Może nie zawsze są to co prawda jakieś monumentalne obiekty. Najbardziej okazała jest fasada frontowa bazyliki mogilskiej. Znajdziemy tam też niemało barokowego wyposażenia wnętrza, choć nie w całości ono przetrwało do dziś. Barokowy jest drewniany kościółek w Krzesławicach, z tym zastrzeżeniem wszakże, iż został on tu sprowadzony spoza Krakowa. Barokowy (i również z drewna) jest też niezwykle skromny kościółek w Górce Kościelnickiej. Przykładem bardziej monumentalnego baroku jest natomiast zapomniany nieco (słabo obecny w świadomości krakowian) pałac w Kościelnikach. Potem przekształcony w duchu wczesnego klasycyzmu, popadł w skrajną ruinę. To miejsce ma szansę wyglądać jak pałac i jego otoczenie na Woli Justowskiej – zadbane, przyjazne, żyjące. Oby tak się stało.


A klasycyzm? Proszę bardzo – oto kościółek w Pleszowie. Nie jest to może klasycyzm najwyższych lotów, ale zawsze (a w Krakowie i tak żadnego innego kościoła w tym stylu nie mamy, więc tym bardziej nie ma co grymasić). Mamy też w Nowej Hucie pełen przekrój różnych dworków i pałaców z XIX i początku XX wieku: w Wadowie, Łuczanowicach (bardzo malowniczy), Branicach, Ruszczy, Krzesławicach (Matejko!), Bieńczycach i – szczególnie okazały – w Pleszowie. A w Wolicy był kiedyś nawet królewski zameczek myśliwski, próżno dziś jednak szukać po nim śladu. Do tego dochodzą stare cmentarze (w tym kalwiński w Łuczanowicach z tzw. „kopcem lutrów”), forty Twierdzy Kraków, kapliczki, wiejskie szkoły itp.


Aż nadeszła druga połowa XX wieku i dodała… swoje trzy grosze. Dziś bowiem to co, do niedawna wydawało się trywialne, samo stało się zabytkiem. I nie tylko socrealizm mam na myśli, choć on sam chętnie odwoływał się w Nowej Hucie do innych historycznych stylów (renesansowe attyki, szpital Żeromskiego wyglądający jak barokowy pałac itp.). Dziś już nadchodzi czas na dyskusje jakie do rejestru zabytków wypadałoby wpisać obiekty modernistyczne. Większość bloków Nowej Huty jest co prawda banalna, ale i tu mamy ciekawe wyjątki – rodzynki takie jak tzw. „blok szwedzki”, „blok francuski”, czy pierwszy w Polsce blok z wielkiej płyty na osiedlu Hutniczym. Ciekawe są też obiekty mieszkalne na osiedlach Wandy i Willowym.

Zaprojektowano je (co prawda nie dla Nowej Huty) jeszcze przed wojną, także mamy i w Hucie – dość niespodziewanie – modernizm lat 30. XX wieku. A do tego jeszcze śmiałe (szczególnie jak na czasy, w których je budowano) kościoły: przede wszystkim Arka Pana, ale też w Mistrzejowicach, Wzgórzach Krzesławickich, czy na osiedlu Szklane Domy. Interesujące jest też postmodernistyczne osiedle Centrum E (niestety niedokończone w pierwotnej formie), a ikoną współczesnej architektury Nowej Huty może stać się… miejska spalarnia odpadów. To naprawdę ciekawy, trochę „inny” budynek.


Dla spragnionych dziedzictwa przemysłowego, można jeszcze polecić np. malowniczy most kolejowy w przylasku Rusieckim, stare młyny nad Dłubnią, resztki kolejki kocmyrzowskiej, bądź wreszcie sam kombinat hutniczy (czy też raczej to, co z niego zostało).I nie chodzi w tym wszystkim o wymienianie przykładów rozmaitych „izmów” w architekturze, tylko po prostu o zwrócenie uwagi na fakt, że Nowa Huta to nie jedynie bloki. Mamy tu i kopce, i średniowieczne kościoły, barokowe pałace… Pamiątki po naprawdę bogatej przeszłości tego miejsca. Takich skarbów jak w monotonnej i „niezabytkowej” (podobno) Nowej Hucie, nie ma niejedno powiatowe miasto.

Ulica 18 stycznia

Ulicy o tej nazwie dziś już w Krakowie nie ma. Ale kiedyś była. Co upamiętniała? Czy to dobrze, że zniknęła? A może nigdy nie powinna była tak się nazywać?

Dzień 18 stycznia (1945 roku) został upamiętniony w nazwie dzisiejszej ulicy Królewskiej. Ale rzecz nie w tym, która to była ulica. Chodzi o samo wydarzenie. Co się tamtego dnia stało? Najoględniej mówiąc, Kraków został wtedy wyzwolony spod okupacji hitlerowskiej. Tak się przynajmniej kiedyś mówiło. Dziś przedmiotem sporu pozostaje samo słowo „wyzwolony”. Przeganiając Niemców, Sowieci przynieśli nam bowiem kolejna niewolę. Czym jednak zatem słowo „wyzwolenie” zastąpić? Ciężko być szczerym entuzjastą epoki, która nastała w Polsce po II wojnie światowej. Radzieccy żołnierze przynosili nam nowe zniewolenie, ale czy to ich osobista wina?

Sami żyli przecież w tym samym ponurym systemie, gorszym znacznie od tego co miało wkrótce mieć miejsce w naszym kraju. Ale oczyścili Kraków z najokrutniejszego okupanta w historii (może oprócz Tatarów), który wymordował przeszło ¼ obywateli miasta. Czy zatem zwykli szeregowi wojacy, którzy w walkach o Kraków oddali swe życie (blisko 2 tysiące zabitych) zasługują na jakieś upamiętnienie?

Większość zwykłych krakowian tamtego dnia było autentycznie szczęśliwych (przynajmniej tych z lewego brzegu Wisły – Podgórze zajęli Rosjanie dopiero następnego dnia). Można było wreszcie bez obaw wywiesić polską flagę. Pierwsza fala radzieckiego wojska była witana z reguły dość radośnie – to byli prawdziwi, zaprawieni w boju żołnierze. Dopiero po nich nadchodziły kolejne fale – rozmaitych maruderów, podpitych awanturników, partyjnych komisarzy i…NKWD. Wtedy robiło się już mniej przyjemnie.

Typowym łupem żołdaków stawały się buty krakowian i ich „czasy”, czyli zegarki. Tak ten dzień wspominał po latach legendarny dziennikarz Bruno Miecugow: „18 stycznia wyszedłem z domu o 9.45. Poszedłem do Rynku, na którym byłem o 10.45. (…) Pierwszych żołnierzy radzieckich zobaczyłem o 10.47. Następny zegarek kupiłem sobie w roku 1951″.

Za niezwykły podarunek od losu należy uznać fakt, iż nasze miasto nie uległo wówczas fizycznej zagładzie. Oczywiście nie obeszło się całkowicie bez zniszczeń, ale ich skala była symboliczna – w porównaniu z tym, co dokonało się z większością (!) polskich miast. Prawdą jest, że Kraków nie miał jednak jakiegoś szczególnego, strategicznego znaczenia. Nawet propagandowego, jako „stolica”, gdyż Generalna Gubernia już wówczas praktycznie nie istniała (Frank uciekł z Krakowa dzień przed wkroczeniem Rosjan).

Tutejszy przemysł zaś był mizernie rozwinięty i w żaden sposób nie mógł odmienić już losów wojny. Dodatkowo Krakowowi sprzyjał element zaskoczenia – zamiast spodziewanego ataku Rosjan od wschodu (jak nakazywałaby logika), ci przystąpili do manewru okrążenia od północnego zachodu. Całkowicie zaskoczony Wehrmacht w pośpiechu zaczął wycofywać się z miasta. Celem Rosjan był bowiem Śląsk z jego gigantycznym potencjałem przemysłowym – chodziło o to, by te kopalnie, huty i fabryki przejąć możliwie szybko i bez zniszczeń. Kraków był po prostu „po drodze”. 

Po wojnie przez kilka dekad sławiono geniusz radzieckiego marszałka Iwana Koniewa, który „ocalił” miasto. Jak było naprawdę? Nie brakuje teorii, że mógł być to efekt jakichś (bliżej nierozpoznanych do dziś) zakulisowych operacji dyplomatycznych. Rozbieżne są też zdania historyków, na temat tego na ile Kraków był rzeczywiście przez Niemców zaminowany i gotowy do wysadzenia. Tamte dni do dziś stanowią częściowo zagadkę dla badaczy. Po wojnie, dzień 18 stycznia został upamiętniony w nazwie wspomnianej ulicy.

W pobliżu Barbakanu urządzono cmentarz radzieckich żołnierzy wraz z okazałym pomnikiem. Zaś na placu Inwalidów (wówczas „Wolności”) stanął obelisk „braterstwa broni”. W Nowej Hucie natomiast wystawiono pamiątkowy czołg. Dużo później, już pod koniec epoki PRL, swojego monumentu doczekał się też marszałek Koniew. 

Po zmianie ustroju pojawiło się pytanie: co z tym „dziedzictwem” zrobić? To jednak nie Lenin, którego pozbyto się bez zbędnych ceregieli. Temat był delikatny. Ówczesne władze Krakowa, nasi pierwsi samorządowcy, umieli podjąć jednak mądre decyzje. Już na początku lat 90. miasto poddano dekomunizacji, przywrócono przedwojenne nazwy ulic, usunięto ewidentne symbole radzieckiej dominacji.

Najwięcej emocji budził wspomniany cmentarz radziecki na Plantach, przy Basztowej. Tu spoczywali żołnierze polegli w tamte mroźne styczniowe dni. Jak pogodzić usunięcie niechcianego pomnika, z upamiętnieniem ofiar? Zdecydowano się na ekshumację żołnierzy i honorowe przeniesienie ich ciał na miejsce do tego przeznaczone – czyli cmentarz. Konkretnie wojskową część Cmentarza Rakowickiego. Leżą tam do dziś, pośród wielu innych żołnierzy, a ich pomnik jest jednym z wielu tamtejszych pomników. I to chyba najwłaściwsze rozwiązanie. Kto chce zawsze może tam się udać, zaś monument z sierpem i młotem, nie razi swą skalą w zabytkowej przestrzeni publicznej. 

Warto wspomnieć, że Kraków był w tych kwestiach pionierem w Polsce. Wiele miast dopiero dziś podejmuje podobne decyzje, dolewając tylko oliwy do ognia w relacjach z naszymi wschodnim sąsiadem (na początku lat 90. klimat ku takim rozwiązaniom był zdecydowanie lepszy). My ten problem mamy od dawna za sobą, w ostatnim czasie zmieniono jeszcze tylko nazwy kilku drugorzędnych ulic. Co więc z tym 18 stycznia? Pamiętać o tej dacie? Zapomnieć? Wymazać? Chyba nie ma łatwej odpowiedzi. Natomiast zawsze warto po prostu o tym dniu… wiedzieć.

Ryszard Nowohucki

Kim był Ryszard Nowohucki? Hm… zasadniczo ktoś taki nigdy nie istniał. Postać ta zrodziła się w głowie Stanisława Barei, jako główny bohater jego nowego filmu. Czujny cenzor wyczuł jednak prowokację i zmusił reżysera do korekty nazwiska. Bareja zmienił je więc na (podobnie w sumie brzmiące): Ryszard Ochódzki. Tak powstał bohater „Misia” jednej z najsłynniejszych polskich komedii (oraz jej późniejszych kontynuacji). Ale zaraz – przecież niezupełnie o tym miałem dzisiaj pisać…

Postać Ryszarda Nowohuckiego została zaplanowana jako przykład typowego cwaniaka czasów PRL-u, uwikłanego w partyjne koneksje i korupcyjne układy. Bareja wymyślił go sobie jako nieodrodnego przedstawiciela ówczesnej epoki – stąd zapewne wybór pierwotnego nazwiska. I słusznie. Cóż innego bowiem mogłoby równie mocno kojarzyć się z PRL, jeśli nie właśnie sztandarowa inwestycja tamtej Polski – Nowa Huta? Film i jego bohater byli (przedstawionymi w karykaturze) symbolami czasów Polski Ludowej. 

A skoro tak, to zastanówmy się jak mógłby wyglądać taki prawdziwy Ryszard Nowohucki? Typowy, wzorowy, zrodzony nie w głowie reżysera lecz partyjnych decydentów, którzy pod Krakowem postanowili zbudować nowe miasto. Bo to taki właśnie Ryszard miał być symbolem nowej epoki. Los sprawił, że Bareja stworzył Ryszarda bliższego prawdzie, a ten wymyślony przez ideologów poległ w walce z rzeczywistością. Ale po kolei.

Przeciętny Ryszard przybył do Nowej Huty z daleka. W każdym razie nie z samego Krakowa, chociaż niby było najbliżej. Kieleckie, Rzeszowszczyzna, ziemia łódzka – ludzi ściągano z wiosek i małych miasteczek. Władze wabiły ich czymś, co przed wojną nie było oczywistością – możliwością pracy i awansu cywilizacyjnego. Większość przybyszów było z reguły wychowane w niedostatku, nierzadko bez dostępu do prądu, sensownego wychodka, wielu było analfabetami. Szeroko rozpropagowana wizja Nowej Huty miała ich zachęcać: przybywajcie! Zresztą nawet nie każdego starano się przekonać – władze same decydowały: czas się pakować, towarzyszu Ryszardzie; znaleźliśmy Wam nowy dom. W tamtych czasach nie można było nie skorzystać z takiej „propozycji”. 

Dopiero na miejscu okazywało się, że „domem” przez najbliższe dni będzie namiot w szczerym polu, pośrodku niczego. Ryszard z kolegami dostał jednak taczki, łopaty, szykowny mundurek junaka oraz parę gumiaków i już wkrótce zamiast namiotu zamieszkali w drewnianym baraku. W międzyczasie pole zamieniło się nieprzebrane morze błota, ale takie już uroki placu budowy. Chłopcy z baraku przystąpili do budowy domów. Wywrotki, koparki, betoniarki, dźwigi, spychacze, stosy rur, kilometry kabli, brygady ciesielskie i murarskie, rusztowania pną się w górę – wszyscy uwijali się jak w ukropie, normy przekraczane 4-krotnie! A wszystko ze śpiewem na ustach i nieomal z czerwonym sztandarem w dłoni. Tak przynajmniej pokazywano to społeczeństwu. Entuzjazm młodych ludzi był zapewne szczery i autentyczny, ale warunki życia w budującym się mieście, długo jeszcze były bardzo ciężkie. Z czasem się jednak udało. 

Ryszard dobrał sobie drugą połówkę (zagubiona jakaś taka była ta przodowniczka pracy, trzeba było jej pomóc), zamieszkali we własnym mieszkaniu. On dostał pracę w kombinacie hutniczym im. Lenina, ona w szpitalu im. Żeromskiego. Jakie wiedli życie? W zasadzie, poza pracą, nie musieli się o nic martwić. Władze zaplanowały dla nich (i za nich) wszystko. Sztaby partyjnych ideologów i socjologów miesiącami ślęczały nad projektem wzorowego nowohucianina. Poza pracą przewidziano czas na odpoczynek. Stawiano raczej na zbiorowe formy rozrywki – domy kultury, świetlice na każdym osiedlu, specjalne punkty do wspólnego czytania i analizowania gazet (nie wypaliły), kolektywne pralnie i suszarnie. Zachęcano do uprawiania sportu, wypoczynku w parku. Kino? Bardzo proszę, nawet kilka. Gorzej z teatrem – jakoś nie do końca przemyślano tą kwestię. Istniał (genialny, co prawda) teatr amatorski w jednym z licznych baraków, ale na stałą, profesjonalna scenę trzeba było jeszcze trochę poczekać. Za to gdy już powstał, stał się Teatr Ludowy być może najlepszą tego typu placówką w ówczesnej Polsce.

Jeśli chodzi o szczegóły życia codziennego to… tu też rozpisano plan dnia. Co, kto, gdzie i kiedy. Ustalono kto gdzie ma mieszkać. Zadecydowano czym należy się przemieszczać – preferowane były transport publiczny i rowery. Dla przeciętnego obywatela nie przewidziano raczej możliwości posiadania prywatnego samochodu, choć – co intrygujące – zbudowano trochę garaży, a nawet kilka parkingów podziemnych pod blokami(!). Generalnie jednak Ryszard z rodziną miał jeździć tramwajem. Zresztą – wszędzie było blisko.

Każde osiedle wszak zaprojektowano jako samowystarczalne miasteczko, ze sklepem, żłobkiem, przedszkolem i szkołą. Każdy blok miał dostęp do wspólnego telefonu, zlokalizowanego na klatce schodowej. Słabo? Bynajmniej! Wówczas można było takiego przywileju nowohucianom tylko pozazdrościć! W nowej Hucie zaplanowano nawet sposób spożywania posiłków. Władze pragnęły uwolnić kobiety „od garów” – na każdym osiedlu miała powstać wielka stołówka. Ludzie mieli się tam gromadzić na wspólne posiłki, zacieśniać więzi sąsiedzkie i przy okazji chwalić nowe, socjalistyczne porządki. Stołówki miały być zaopatrywane przez wielki kombinat gastronomiczny, którego istotnym elementem miała być… Centralna Obieralnia Ziemniaków. Oprócz tego powstało kilka elegantszych restauracji i klasyczne bary mleczne. A w chwilach potencjalnego zagrożenia, obywatele mieli być bezpieczni dzięki systemowi podziemnych schronów, zlokalizowanych pod blokami i innymi obiektami. 

Nową Hutę pomyślano jako miasto młodych, szczęśliwych ludzi. Miasto socjalistyczne, wygodne do życia, pełne słońca, zieleni i całkowicie świeckie. Czy tak „zaplanowany” Ryszard mógł czuć się mimo wszystko nie do końca szczęśliwy? Ludzie przybyli do Huty z bagażem swoich własnych doświadczeń – zarówno życiowych, jak i kulturowych. Nie byli szarą masą, „kaszą” – jak się o nich wypowiadano. Nie dali się zaprogramować zupełnie od nowa. Wykorzystali swoją szansę od losu, ale władzom jako takim zdecydowanie nie ufali. Nowohucianie nie potrafili stać się z dnia na dzień mieszczanami. Nieobyci ze zdobyczami cywilizacji, masowo niszczyli infrastrukturę osiedlową, a nawet wyposażenie domów. Ze swoich małych ojczyzn, przywieźli do Huty również własne gospodarskie obyczaje.

Do dziś krążą legendy o organizowaniu w mieszkaniach ognisk, trzymanych w wannie prosiakach i królikach oraz drobiu hodowanym na balkonie. Fiaskiem okazał się pomysł osiedlowych stołówek. Ryszard wolał tradycyjny obiad, przyrządzony przez swoją żonę. Upadły tez prawie wszystkie restauracje – nowohucianie i owszem, chodzili tam by spożywać – ale nie jedzenie. A alkohol stawał się zarzewiem licznych konfliktów.

Dziesiątki tysięcy obcych sobie, spędzonych w jedno miejsce z całego kraju ludzi, okazało się być średnim pomysłem i trudnym do poskromienia żywiołem. Wspólne, idylliczne życie rozłożone pomiędzy pracę a osiedlową świetlicę, pozostało jedynie w wizji planistów. Stosunkowo wysoka była też w Hucie przestępczość. Pewnych kwestii społecznych nie brano w ogóle pod uwagę podczas projektowania miasta, zaś władza długo udawała, że problemu nie ma. 

Szybko też zaczął naszemu Ryszardowi doskwierać brak własnej świątyni – nie udało się planistom stworzyć nowego, świeckiego człowieka. Parafia w Mogile z czasem nie była już w stanie sprostać, rozrastającej się z każdym miesiącem, społeczności nowohucian.

Nową Hutę jako miasto zaplanowano bardzo dobrze, ale jej mieszkańców „zaprojektować” po myśli władzy się nie udało. Dziś oczywiście są już oni w miarę zwartą społecznością, ale pierwsze pokolenie chyba na zawsze pozostało rozdarte pomiędzy miasto, które własnoręcznie budowali, a miejscowość, z której niegdyś przybyli. W efekcie eksperymentu społecznego pod nazwą „Nowa Huta”, tysiące Ryszardów już w 1960 roku po raz pierwszy otwarcie postawiło się władzy, w walce o budowę kościoła. A w latach 80. to właśnie nowohucianie walnie przyczynili się do upadku socjalizmu w Polsce. Socjalistyczne „miasto idealne” było jednym z grabarzy ustroju, który je zbudował – i to w stopniu większym, niż się przeciętnie uważa. Obywatel Nowohucki Ryszard, ostatecznie poszedł w życiu swoją drogą.

Nowa Huta? Naturalnie!

Nowa Huta to coś znacznie więcej niż zwykłe szare blokowiska. To miejsce o specyficznej historii i zaskakujące bogactwem zabytków z odległych epok. Dziś, do kompletu, zajmiemy się jeszcze przyrodniczym aspektem tej części Krakowa.

I tu kolejne zaskoczenie. Dla kogoś nieobytego z tutejszymi realiami, natura i przyroda to ostatnia rzecz, z jakimi mogłoby kojarzyć się miejsce takie jak Huta. Może i jest ciekawa, względnie wygodna do życia, ale ten trujący kombinat, te kominy. Przemysłowa część Krakowa tonąca w zieleni?

Po pierwsze więc, nowohucki przemysł to już nie to, co choćby jeszcze w latach 70. minionego stulecia. Las dymiących kominów nad dzielnicą można obejrzeć już tylko na czarno-białych fotografiach. Kombinat hutniczy ma już dla Krakowa znaczenie raczej marginalne i – jak sądzę – nie należy się nastawiać, że będzie nam towarzyszył jeszcze przez następne dekady. Ostateczne (niedawne) wygaszenie wielkiego pieca i zamknięcie stalowni przesądzają raczej o jego przyszłych losach. 

Po drugie zaś, Nowa Huta powstała na fantastycznych jakościowo glebach, urodzajnych czarnoziemach, gdzie rolnictwo i ogrodnictwo wymagało znacznie mniej pielęgnacji niż gdzie indziej. W Mogile czy Pleszowie, wszystko ochoczo rosło samo (czy też prawie samo) – jak głoszą pożółkłe kroniki i wspomnienia. Dodatkowo projektanci nowego miasta chętnie wprzęgali zieleń do służby ludowi pracującemu – Nowa Huta miała być zielona, by uwypuklić kontrast ze starymi dzielnicami robotniczymi, pełnymi sypiących się kamienic, ciasnych podwórek i zatęchłych klatek schodowych.

W efekcie Huta robi dziś rzeczywiście „zielone” wrażenie. Najbardziej zielono wydaje się być w najstarszej, socrealistycznej części dzielnicy. Już nie chodzi nawet o parki, ale po prostu zwykłe ulice, podwórka między blokami pełne drzew i obszernych skwerów. Jesienią cała „stara” Huta pokryta jest jednym wielkim złotym dywanem z liści. A do tego dochodzą właśnie parki – Ratuszowy (nazwa od niedoszłego nowohuckiego ratusza), czy Wiśniowy Sad. Ten ostatni jest (a w każdym razie niegdyś był) być może najlepszym miejscem, do zapoznania się z bogactwem nowohuckiej rzeźby plenerowej.

Huta słynęła z rozmaitych rzeźb ustawianych w zieleni, na poszczególnych osiedlach. Dzieła te, o szerokiej tematyce i wykonane w najróżniejszych technikach były ozdobą i cechą charakterystyczną tej dzielnicy, nigdzie w Krakowi bowiem nie nastawiano ich aż tyle. Znaczna część z nich już niestety nie istnieje. O tym, żeby ktoś zadbał o tego typu dekorację przestrzeni na dzisiejszych osiedlach, nawet nie ma co śnić – współczesne wykwity deweloperów są pod pewnymi względami znacząco gorsze od tego, co oferowano nam kiedyś. A w parku Wiśniowy Sad nawet kosze na śmieci z lat 60. były sympatycznym dziełem sztuki – ktoś może pamięta? 

Perłą tutejszej przyrody są Łąki Nowohuckie. Potężna, niezabudowana przestrzeń jest reliktem starorzecza Wisły. I jednocześnie pamiątką po… gospodarce socjalistycznej. W fazie projektowania Nowej Huty planowano to miejsce zalać wodą, tworząc gigantyczny zalew – główne miejsce rekreacji dla mieszkańców. Oczywiście plany szybko przełożono „na później”, czyli na nigdy. I dobrze. Dzięki temu przetrwał unikatowy obszar, niezwykły przyrodniczy ekosystem, wyjątkowo cenny w skali całego Krakowa. Niby „nic” tam nie ma… ale przyroda swoje wie. Żyją tam rozmaite rośliny, owady i ptaki – niektóre z nich zagrożone wyginięciem. Obszar ten znalazł się pod ochroną i nie grozi mu żadna zabudowa. Ostatecznie stały się więc owe łąki celem rekreacji, choć nie takiej jaką wymarzyli sobie dawni planiści. Gorąco polecamy to miejsce!

Zalew zresztą także powstał, tylko gdzie indziej i znacznie do tego mniejszy. Ale również sympatyczny, do tego wzbogacony niedawno pierwszą w mieście tężnią solankową. A możliwości wypoczynku nad wodą jest w Hucie więcej – choćby kompleks czternastu stawów w Przylasku Rusieckim (wkrótce mają zostać zrewitalizowane), czy mniej znany Zalew Zesławicki – ten drugi zasadniczo nieprzeznaczony raczej do masowego wypoczynku.

W Nowej Hucie rosną też lasy, choć – co prawda – nie za wielkie. A konkretnie Lasek Mogilski i Lasek Łęgowski. Co ciekawe, są one reliktami pierwotnej jeszcze puszczy, która przed wiekami porastała obszar dzisiejszego Krakowa (i nie tylko Krakowa zresztą). Żubrów czy turów próżno dziś tam jednak szukać.

To właśnie w Nowej Hucie funkcjonuje największy obszarowo park Krakowa. Mówimy tu rzecz jasna o Parku Lotników w Czyżynach (przez niektórych zwanym Parkiem AWF-u). Ulokowany mniej więcej na granicy dwóch światów, a więc „starego Krakowa” i Nowej Huty, był właśnie takim punktem granicznym. Tutaj rodowici krakusi mieli ostatnia szansę się spokojnie namyśleć – jechać dalej, czy jednak zawrócić w bezpieczne okolice Wawelu? Park pierwotnie projektowano z większym jeszcze rozmachem, zarówno jeśli chodzi o obszar, jak i infrastrukturę. Dawniej nazywano go Parkiem Kultury i Wypoczynku, co było typowym dla tego typu przybytków przykładem nazewnictwa okresu PRL.

Z ciekawszych parków można jeszcze wspomnieć o Plantach Bieńczyckich, dla których inspiracją miały być Planty – „te” Planty… Albo o odkrytym przeze mnie niegdyś przypadkowo parku Zielony Jar, powstałym przez zagospodarowanie naturalnego wąwozu. Są też parki związane z dawnymi posiadłościami dworskimi na ternie dzisiejszej Huty – np. ten w Bieńczycach przy Kaczeńcowej (ze stawem), w Krzesławicach (z dworkiem Matejki i niewielkim skansenem), czy Branicach (gdzie ma powstać wreszcie okazały profesjonalny skansen – szkoda, że dopiero teraz, gdy gdzieś z 90% budownictwa drewnianego z terenu miasta już dawno nie istnieje…)

Mało Wam natury w Nowej Hucie? A poszukajcie sobie sami, to znajdziecie jeszcze więcej. Byle do wiosny!

Po więcej ciekawostek zapraszamy na nasz blog!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *