Aleje Trzech Wieszczów

Aleje Trzech Wieszczów stały się na początku XX wieku wizytówką Wielkiego Krakowa. Zaś po odzyskaniu niepodległości, również miejscem lokalizacji najbardziej reprezentacyjnych budowli państwowych, ale i nie tylko. W tym wpisie poznamy kilka – a dokładniej 4 – wspaniałe budowle, o których każdy powinien usłyszeć!

SPIS TREŚCI

1. AGH

Aleje Trzech Wieszczów – przejeżdżając przez nie zawsze instynktownie na niego zerkamy. Potężny, monumentalny. Gdyby Kraków był dziś jakimś „wolnym miastem”, budynek ten spokojnie mógłby pełnić rolę siedziby rządu.

 Okolica ta nie zawsze należała do przyjemnych. Jeszcze na początku XX wieku było to poforteczne pustkowie, gdzie dominowały podmokłe wertepy i nasyp linii kolejowej. W tym rejonie pozbywano się dawniej ciał padłych koni. Zresztą nie tylko koni… Kilkukrotnie znajdywano na tym odludziu również ludzkie zwłoki. Brr…

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy w Krakowie podjęto starania o utworzenie uczelni o profilu górniczym.

Ktoś się spyta – i słusznie – a co ma Kraków wspólnego z górnictwem? Pamiętajmy jednak o jego ówczesnym położeniu politycznym. Górniczy Śląsk znajdował się za granicą (w Prusach), natomiast nasze miasto było częścią Austro-Węgier. I to właśnie w monarchii Habsburgów brakowało tego typu uczelni. Jedna jedyna funkcjonowała w alpejskim miasteczku Leoben. Wprawdzie Austria nie była potęgą gospodarczą jak Prusy, ale też chciała się rozwijać i rozbudowywać swój przemysł. A dlaczego właśnie Kraków? To były zachodnie rubieże cesarstwa, bezpośrednio graniczące z bogatym w surowce Śląskiem. Surowce te nie raczyły jednak respektować granic i część z nich zalegała w granicach Austrii. Tak powstało tzw. Zagłębie Krakowskie – Jaworzno, Chrzanów, Libiąż, Brzeszcze, Trzebinia… miniaturowy, galicyjski Górny Śląsk. 

W efekcie starań, już w 1913 roku zapadła decyzja o utworzeniu w Krakowie Akademii Górniczej (taką nazwę nosiła aż do 1947 roku).

Rozpisano konkurs na projekt budynku. Wydawało się, że z błogosławieństwem od samego Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa, wszystko pójdzie gładko. Historia miała jednak inne plany i wkrótce świat stanął w ogniu Wielkiej Wojny. W jej wyniku Kraków znalazł się w nowej rzeczywistości. Odrodzona Rzeczpospolita przejęła po Rosjanach Zagłębie Dąbrowskie i liczyła na (przynajmniej częściowy) dostęp do Górnego Śląska. Dlatego nowe, polskie władze szybko wróciły do pomysłu Akademii Górniczej, której działalność zainaugurowano już w 1919 roku. Początkowo, raczkująca uczelnia, funkcjonowała w obiektach rozlokowanych po całym mieście.

Dopiero w 1923 roku rozpoczęto budowę nowej, docelowej siedziby na gruncie ofiarowanym bezpłatnie przez władze miasta.

Pierwotny projekt gmachu uległ modyfikacjom – za jego obecny, mocno inspirowany klasycyzmem kształt odpowiadają Sławomir Odrzywolski (zmarły w trakcie budowy) oraz jego współpracownik Wacław Krzyżanowski. Budowa wlokła się bardzo długo i z licznymi przestojami – młodziutkiemu państwu polskiemu brakowało na wszystko pieniędzy. Trzeba było wspomagać się ofiarami od darczyńców. Jedno ze stowarzyszeń górniczych ofiarowało na rzecz budowy 1 grosz od każdej wydobytej tony węgla. Mało? Wbrew pozorom uzbierała się z tego przyzwoita suma, która pozwoliła „pchnąć” całą inwestycję do przodu. 

Autor zdjęć: Andrzej Otrębski
Źródło zdjęć: https://pl.wikipedia.org/wiki/Akademia_Górniczo-Hutnicza_im._Stanisława_Staszica_w_Krakowie
AGH obecnie. Autor zdjęcia: Andrzej Otrębski
Źródło zdjęć: https://pl.wikipedia.org/wiki/Akademia_Górniczo-Hutnicza_im._Stanisława_Staszica_w_Krakowie
Pierwsze zajęcia rozpoczęły się w tym (dalekim od ukończenia jeszcze) budynku w roku 1929.

Oficjalnie gmach otwarto sześć lat później, ale tak naprawdę prace wykończeniowe trwały aż do 1938 roku! Ale chyba warto było czekać. Efektem prac jest największy budynek uniwersytecki międzywojennej Polski i w ogóle jedna z największych budowli II RP. W sumie nic dziwnego, że w okresie okupacji hitlerowskiej, ten właśnie obiekt Niemcy upatrzyli sobie na siedzibę tzw. rządu Generalnego Gubernatorstwa. Gronostaje zrabowane rektorowi nosiły eleganckie damy – żony niemieckich dygnitarzy… Tuż przed ucieczką hitlerowców, budynek został przez nich podpalony, z dymem poszło mnóstwo dokumentów, dowodów zbrodniczej działalności na ziemiach polskich. Częściowo wypaloną ruinę, trzeba było odbudować już po wojnie.      

Dziś budynek pozostaje jedną z najbardziej monumentalnych budowli Krakowa i siedzibą znakomitej uczelni.

Głównego wejścia strzegą okazałe rzeźby górników i hutników przy pracy – oryginały wykonał Jan Raszka, uległy one jednak zniszczeniu i obecnie stoją tu ich kopie (podobno mocno umiarkowanie zbliżone do tych pierwotnych). Na szczycie budynku rozsiadła się zaś wygodnie patronka górników – św. Barbara, przez wielu krakowian uznawana (nie wiedzieć czemu) za św. królową Jadwigę. Na początku – z oszczędności – drewniana, została z łatwością zniszczona w czasie wojny. Ponownie wróciła na swoje miejsce w 1999 roku, już jako miedziana. Pod jej czujnym okiem AGH dołączyła do grona topowych uczelni technicznych w Polsce i jest jednym z powodów do dumy i chluby naszego miasta.

2. Gmach Seminarium Śląskiego

Pod adresem Aleja Mickiewicza 3, stoi sobie mocno przyszarzały, cofnięty nieco w głąb posesji budynek. To dawna siedziba Seminarium Diecezji Śląskiej (Katowickiej). Skąd takie seminarium akurat tutaj? Kaj Ślunsk pierunie, a gdzie Kraków? By to zrozumieć, musimy się cofnąć do roku 1925, a nawet trochę wcześniej. Albowiem do momentu odzyskania przez Polskę niepodległości i wybuchu powstań śląskich, ta bogata, potężnie zurbanizowana i uprzemysłowiona dzielnica należała do Prus i stanowiła jeden z filarów ich mocarstwowości. Prusy były jednak państwem ewangelickim i – szczególnie w pewnych okresach – miały w zwyczaju prześladować Kościół Katolicki. Wyznanie katolickie było na Śląsku z reguły jednoznacznie tożsame z polską narodowością i tym samym stanowiło potencjalne zagrożenie dla niemieckich władz. Szczególnie w takim multi-kulti regionie, gdzie silna polska mniejszość domagała się respektowania swoich praw. 

Gdy po I wojnie światowej dokonano podziału Śląska pomiędzy Polskę i Niemcy, należało właściwie od nowa zbudować tu organizację kościelną.

W roku 1925 (dopiero!)  diecezja krakowska została podniesiona do rangi arcybiskupstwa. Wydzielono z niej wówczas nowe diecezje – w tym właśnie śląską, z siedzibą w Katowicach. Nowe struktury wymagały nowych ludzi, ale skąd ich wziąć? W tym celu powołano nowe seminarium. Tyle, że na Śląsku, gdzie jeszcze niedawno katolicyzm był prześladowany, brakowało po prostu odpowiednich kadr i zaplecza. Co robić? I tu z pomocą wkracza nieodległy Kraków – pełen kościołów i klasztorów w pełnym rozkwicie. Dlatego właśnie to w grodzie Kraka podjęto się dzieła kształcenia kleryków dla Śląska. I nie tylko dla Śląska zresztą – na podobnej zasadzie działało seminarium dla diecezji częstochowskiej przy ulicy Bernardyńskiej (Częstochowa to były zabór rosyjski, a więc katolicyzm miał się tam nie lepiej niż w Prusach).

Budynek, o którym dziś mówimy, jest dziełem architektów Zygmunta Gawlika i Franciszka Mączyńskiego.

Przy okazji warto wspomnieć, iż ci sami panowie zaprojektowali przy okazji nową katedrę i siedzibę kurii biskupiej w Katowicach. Seminarium wybudowano w latach 1925-28. Modernistyczna budowla ozdobiona jest licznymi detalami – tak roślinnymi, jak i o motywach zwierzęcych. Warto je sobie obejrzeć z bliska, przechodząc w okolicy. Szczególnej uwadze polecamy portal wejściowy, jak i samo ogrodzenie, oddzielające budynek od ulicy. Ciekawe! Niektóre wymyślne „stwory” tam przedstawione mają niewiele chyba wspólnego ze stworzeniami biblijnymi – chyba, że mówimy o takich, które nie zmieściły się do arki Noego. Ale co tam, niech sobie będą. Jeśli jeszcze wspomnimy, iż płaskorzeźby czterech ewangelistów (na górze budynku), stworzył artysta tej klasy co Xawery Dunikowski, to mamy pełny obraz znakomitego przykładu krakowskiego modernizmu. 

Dziś śląscy klerycy kształcą się już w Katowicach.

Natomiast nasz budynek jest użytkowany przez UJ. Szkoda tylko, że jest taki szary i trochę przez to smutny. Ale nic dziwnego – stoi przy zatłoczonych i pełnych spalin Alejach, a jego elewacja nie była odnawiana od… nowości, czyli już prawie stu lat! Choć ciężko może w to uwierzyć, ale w ogóle większość międzywojennych kamienic w ciągu Alei Trzech Wieszczów ma oryginalne tynki z lat 20. i 30. XX wieku. Owszem, są szare, ale poza tym z reguły trzymają się w doskonałej kondycji. Bez żadnego remontu! Jeśli przyjrzymy się im pod słońce, wiele z nich mieni się, jakby były wyłożone milionami maleńkich, szklanych opiłków. To efekt zastosowania specjalnych, szlachetnych tynków z dodatkiem miki – powszechnie stosowanych w międzywojennym Krakowie.

A dziś?

Może lepiej, że nikt nie remontuje tych kamienic. Współczesna „odnowa” tych obiektów to często raczej ich dewastacja. Szlachetne tynki w różnych odcieniach i wielobarwne detale ze sztucznego kamienia, są bezmyślnie (jak leci, „po taniości”) zamalowywane ulubioną w Krakowie farbą w kolorze lekko ściętej jajecznicy. Ulegając tym samym bezpowrotnemu zniszczeniu. Architektura modernizmu jest wciąż traktowana przez wielu jak zło wcielone i beztrosko niszczona. Za takie coś powinno się karać obcięciem członków (wszystkich).

3. Biblioteka Jagiellońska

Spośród wszystkich reprezentacyjnych budowli znajdujących się przy Alejach Trzech Wieszczów, być może szczytowym osiągnięciem architektonicznym, jest gmach Biblioteki Jagiellońskiej.

O potrzebie budowy nowej biblioteki uniwersyteckiej mówiło się w Krakowie od dawna.

Ciężko może w to uwierzyć, ale jej dotychczasową siedzibą było poczciwe, wysłużone Collegium Maius – pierwsza, stała siedziba Akademii Krakowskiej. Ciasny, średniowieczny, pamiętający czasy Grunwaldu budynek, nie był w żaden sposób przystosowany do przechowywania bezcennych (i wciąż rozrastających się) zbiorów. Słabe oświetlenie, skrajna ciasnota, a nade wszystko cieknący dach, uniemożliwiał normalne funkcjonowanie tej instytucji. W dodatku XIX-wieczne, neogotyckie wyposażenie pogłębiało jeszcze uczucie dawności. A tu już pukał wiek XX! Po ulicach jeździły samochody, koneserzy nowinek technicznych sprawiali sobie do domu radio, a żołnierze na frontach unicestwiali się wzajemnie za pomocą samolotów, czołgów i karabinów maszynowych. Nawet na przedmieściach Krakowa w zastraszającym tempie szerzyły się: prąd, wodociągi i kanalizacja. Pierwsze ulice zalewano supernowoczesnym asfaltem. Ludzie słuchali jazzu i tańczyli fokstrota. Nie można już było dłużej czekać. Mimo braku wystarczających środków rząd sypnął groszem, miasto dorzuciło za darmo grunt i klamka zapadła – budujemy!

Projekt nowego gmachu powierzono znakomitemu architektowi Wacławowi Krzyżanowskiemu.

I tu klops! Konkurencja z branży się oburzyła – jak to tak, a gdzie konkurs? My też chcemy pokazać swoje możliwości. Pod wpływem krytyki zorganizowano więc konkurs architektoniczny. I kto zdobył pierwsze miejsce? Krzyżanowski. Drugie zresztą… też. Wszystko zaś odbyło się w atmosferze skandalu i podejrzeń o układy. Dodajmy, że faktycznie było coś na rzeczy. Ale dziś już nie warto się tym zajmować – nie w sytuacji, gdy Kraków otrzymał naprawdę wspaniały budynek!

Prace rozpoczęto w 1931 i przeciągnęły się praktycznie aż do wybuchu wojny – i to mimo poddania projektu „racjonalizacji” finansowej.  Krzyżanowski zaproponował monumentalny obiekt o dostojnym, szlachetnym charakterze. 9-kondygnacyjna fasada o pionowej artykulacji, miała przywodzić na myśl rzędy książek ustawionych grzbietami na półkach. Przy budowie biblioteki zastosowano nowoczesne, a nawet pionierskie rozwiązania konstrukcyjne. Elewacje wyłożono beżowym piaskowcem i (popularnym w przedwojennej Polsce) granitem z kamieniołomów na Wołyniu. Wnętrza wykończono z wielka dbałością o detal i jakość wykonania. Hol i klatkę schodową wykończono najlepszymi materiałami: alabastrem i słynnym marmurem karraryjskim. Olbrzymią czytelnię rozjaśniono potężnym świetlikiem. Takimi właśnie inwestycjami budowano prestiż odrodzonego państwa polskiego.

Budynek do dziś wygląda bardzo nowocześnie.

Ktoś, kto nie wie jak było, mógłby spokojnie stawiać, że powstał on w latach 60. czy 70. Możemy sobie tylko wyobrazić, jakim szokiem dla pracowników i bywalców biblioteki była przeprowadzka ze średniowiecznego, wilgotnego gmaszyska o skrzypiących stropach, prosto do połowy wieku XX! Gwoli ścisłości należy dodać, iż otwarcia nowego obiektu dokonano już pod okupacją niemiecką i przez cały jej okres „Jagiellonka” była oficjalnie niedostępna dla Polaków. W roku 2001 oddano do użytku nowe skrzydło budynku, zaprojektowane z dużą klasą i wyczuciem.

Dziś Biblioteka Jagiellońska jest drugą, najważniejszą tego typu instytucją w kraju.

Jest nie tylko biblioteką uczelnianą, ale też oficjalną, państwową. Ma status biblioteki narodowej – oznacza to, iż każdy wydawca ma ustawowy obowiązek dostarczenia tutaj każdej jednej wydanej przez siebie książki, czy gazety. I to od razu w dwóch egzemplarzach! Taki przywilej posiada w Polsce jeszcze tylko biblioteka – Narodowa w Warszawie. Lądują więc tutaj zgodnie dzieła o najróżniejszej tematyce – od skomplikowanych słowników branżowych, przez literaturę wielką, dziecięcą, aż po kolorowe gazetki dla pań (i panów zresztą też). Po prostu wszystko. Razy dwa. Oprócz tego w budynku przechowywane są liczne rękopisy, starodruki, mapy, bezcenne dokumenty przeszłości. Miliony (!) książek i pism.

W opinii niejednego badacza dziejów naszego miasta, „Jagiellonka” jest najwybitniejszym Krakowie przykładem architektury okresu międzywojennego. Ciężko by nam było nie przychylić się do tej opinii. I to mimo ustawionego konkursu. Dziękujemy, panie Krzyżanowski!

4. Zwykły – niezwykły dom

Do tej pory, podczas wędrówki Alejami Trzech Wieszczów naszą uwagę zwracają przede wszystkim reprezentacyjne budynki użyteczności publicznej. Teraz jednak odetchnijmy trochę od monumentalizmu. Naszym tematem niech będzie kamienica. Zwyczajna kamienica. Która? A choćby ta, pod adresem al. Słowackiego 7.

Jana Sas-Zubrzyckiego nie trzeba chyba miłośnikom Krakowa specjalnie przedstawiać.

Znany architekt, projektant takiej „ikony” jak bajkowy, podgórski kościół św. Józefa. Autor kilkudziesięciu rozmaitych budowli, głównie na obszarze Galicji. Niestrudzony poszukiwacz „stylu narodowego” w architekturze. Co to „styl narodowy”? Taki, który jak najpełniej definiowałby ideę polskości, szczególnie w okresie niewoli. Który byłby możliwie jak najbardziej pierwotny, najczystszy, nieskażony obcymi pierwiastkami. A jednocześnie po prostu odpowiadałby gustom Polaków. Swojego „stylu narodowego” poszukiwały zresztą wówczas także inne nacje. Akurat Sas-Zubrzycki uznał, iż w polskim przypadku, stylem takim może być jedynie gotyk. Nie zważając na to, iż gotyk też przecież przyszedł do nas z zewnątrz… Gardząc kosmopolityczną sztuką gotycką, zmodyfikowano ją nieco tworząc tzw. gotyk nadwiślański. Taki trochę cukierkowy, miejscami może naiwny – ale „swojski”. Mający w sobie dużo malowniczości i pewnego romantyzmu.

Sas-Zubrzycki projektował swe budynki właściwie tylko w tym stylu.

W poszukiwaniu inspiracji przemierzał wzdłuż i wszerz polską prowincję. Kontemplował rodzimą przyrodę. Dokumentował w swym szkicowniku architekturę ludową. Skrzętnie przelewał na papier misterne ciesielskie detale. W nich właśnie widział „prawdę” naszej architektury, wierzył, że dociera do jej źródeł. Wkrótce potem, większość tego co narysował, przepadło bezpowrotnie pod naporem obu wojen światowych i zwyczajnej modernizacji wiosek i miasteczek… Dobrze, że był ktoś taki, komu chciało się to utrwalić dla nas na papierze.

Przez większość życia Sas-Zubrzycki związany był ze Lwowem, jako profesor tamtejszej politechniki. Przez kilkanaście lat (na przełomie XIX i XX wieku) mieszkał jednak w Krakowie. I tu nasuwa się pytanie: gdzie mógł mieszkać taki ekscentryczny architekt? Jak mógł wyglądać dom człowieka, owładniętego ideą odnalezienia polskiego „stylu narodowego”?

Stoimy zatem przed wspomnianą kamienicą (ukończoną w 1896 roku) przy alei Słowackiego.

Sas-Zubrzycki zaprojektował ją dla siebie, możemy więc domyślać się, że w pełni odpowiadała ona jego gustom. Jest to najstarszy dom przy tej ulicy, która wówczas nazywała się ulicą Kilińskiego. I była właściwie polną drogą biegnącą wzdłuż nasypu kolejowego. Brzmi niezbyt zachęcająco? Ależ skąd! Wówczas zaczynała się to robić modna okolica, zwana potocznie „poza miastem”(!). Kolej nie tylko nie przeszkadzała – była uważana  za coś atrakcyjnego. Dziś też niejeden miłośnik lotnictwa marzyłby o mieszkaniu z widokiem na lotnisko i startujące z niego samoloty (nawet kosztem skrajnego hałasu). Podobnie chyba było i w tym przypadku. Dość powiedzieć, że kilka lat później, podobnie usytuował swój dom Władysław Ekielski (słynna kamienica z basztą na rogu Piłsudskiego i Alei), a i sam Teodor Talowski mieszkał niedaleko. Dodatkowym walorem była bliskość ogrodu rozrywkowego Stanisława Rehmana – później przejętego przez miasto i znanego do dziś jako Park Krakowski.

Tak więc…

Skoro już jesteśmy w pełni świadomi (ówczesnej) atrakcyjności położenia tego domu, to teraz się mu jeszcze przyjrzyjmy. Ano jest to właśnie ten upragniony gotyk nadwiślański. Czerwoniutka cegła, kamienne detale, wykusz z witrażem. Na dachu urocza facjatka. W środku „zakręcona” klatka schodowa z malowidłami. Zdaniem projektanta i właściciela w jednej osobie, dom ten prezentuje „najczystszy” styl narodowy. Tak – jego zdaniem – powinno się budować w całej Polsce. I tylko tak. Budynek tak mu się spodobał, iż tuż obok (w 1899 roku), zbudował dla siebie drugi, całkiem zresztą podobny, tylko większy. W dodatku z wieżyczką, z której wyrasta… kolejna wieżyczka! Cudeńko gotyku nadwiślańskiego. Dla tych, którym wciąż mało, mamy dobrą wiadomość. Poza kamienicą, Sas-Zubrzycki zbudował tez dla siebie willę w podkrakowskim Zabierzowie. Kto ciekaw – niech szuka.

W omawianym tu budynku, mieszkała przez pewien czas słynna rodzina Estreicherów.

Tutaj przyszedł na świat Karol Estreicher – ostatni z tego wielkiego rodu. Kamienica Jana Sas-Zubrzyckiego opatrzona jest (widoczną nad wejściem) sentencją „Pokój Temu Domowi”. Być może dzięki niej, przetrwał on do dziś w nienaruszonym kształcie. Miał więc więcej szczęścia, niż styl który reprezentuje. Gotyk nadwiślański został z czasem zarzucony. „Stylu narodowego” dopatrywano się później w krakowskim renesansie, w baroku czasu dynastii Wazów, w klasycystycznym dworku polskim z ganeczkiem. Ostatecznie wszystkich „poszukiwaczy zaginionych stylów” brutalnie pogodził modernizm, depcząc wszystkie dotychczasowe reguły gry i niepodzielnie dominując w architekturze całego niemal świata, przez następne kilkadziesiąt lat.

Dotarliśmy do końca wycieczki po Alejach Trzech Wieszczów. Po inne ciekawostki zapraszamy na nasz blog! 😉

1 thought on “Aleje Trzech Wieszczów”

  1. Mam przyjemność studiować w głównym budynku AGH i bardzo polecam, nie tylko budowlę. Bibliotekę Jagielońską też nie jednokrotnie odwiedziłam 🙂 Bardzo ciekawe zestawienie, piękne miejsca i także zachęcam do zobaczenia, warto!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *