Kłamstewka większe i mniejsze

UWAGA OSZUŚCI! Fałszują historię! Żądamy odkłamania prawdy! Kto odpowie za ten skandal???!

SŁOWO WYJAŚNIENIA…

Na początek prosimy o wybaczenie za ten tabloidowy tytuł, niegodny Ciekawych Krakowa, a tym bardziej naszych Szanownych Czytelników. Czasy jednak są takie, że trzeba czymś zwrócić na siebie uwagę, przykuć spojrzenia znudzonych nadmiarem informacji odbiorców. Skoro już to czytacie, to znaczy, że się udało. Teraz na spokojnie możemy przejść do meritum.
Dziś rzecz będzie faktycznie o pewnych nieścisłościach historycznych, jakie narosły wokół różnych wydarzeń z przeszłości naszego grodu. Jedne wynikają z braku odpowiedniej ilości informacji, inne zostały spreparowane specjalnie (nie zawsze w złych intencjach), jeszcze następne są efektem pomyłki lub zwykłego ludzkiego roztargnienia. A sprawa dotyczy niekiedy kwestii fundamentalnych, czasem kluczowych dla dziejów Krakowa. Oczywiście wszystko o czym sobie dziś opowiemy ma raczej charakter ciekawostki, nikomu nie szkodzi, niczemu nie zawadza i w zasadzie można by nad tym przejść do porządku dziennego. Można – ale nie trzeba.

JAK TO BYŁO Z TYM WIERZYNKIEM?

Zwróćmy uwagę choćby na tak powszechnie znane w Krakowie miejsce jak restauracja „Wierzynek”. Lokal ten znajduje się przy samym Rynku Głównym i słynie z tego, iż tutaj właśnie odbyła się w 1364 roku sławetna uczta u Wierzynka. Podsumujmy jednak fakty! Sama uczta była swego rodzaju kongresem, spotkaniem dyplomatycznym monarchów z różnych zakątków Europy. Było to bardzo ważne wydarzenie, pierwsze na taką skalę zorganizowane w Krakowie, być może najważniejsza tego typu “impreza” od czasów sławetnego Zjazdu Gnieźnieńskiego. Znamy z grubsza ustalenia do jakich doszło na spotkaniu; wiemy, iż ucztowano w przepychu. Na tym jednak nasza wiedza się kończy… Dyskusyjna jest lista gości, kwestionowana była nawet data całego wydarzenia. Nas jednak interesuje w tej chwili miejsce, gdzie wspomniany kongres się odbył.

Powszechnie uważa się w Krakowie, że wszystko miało miejsce właśnie tam, gdzie dziś znajduj się restauracja „Wierzynek” -> w miejscu, w którym Rynek przechodzi w ul. Grodzką. Na jakiej jednak podstawie? Otóż na żadnej właśnie! Nie wiadomo, gdzie naprawdę debatowali władcy. Rozmowom towarzyszyły biesiady, zapewne turnieje rycerskie i inne „atrakcje dodatkowe”. Przez te kilka dni świętowało całe miasto, a miód, piwo i wino lały się strumieniami. Bawiono się i na Wawelu, i na Rynku, jak również w domach prywatnych. Skąd zatem teoria o Wierzynku? Ot, sprytny marketing. Ale o tym za chwilkę…

Faktem jest, że jakąś istotną rolę w całym przedsięwzięciu pełnił rajca miejski Mikołaj Wierzynek. Był zapewne kimś w rodzaju mistrza ceremonii, coś jak „starosta weselny”. Oficjalnym gospodarzem jednak na pewno musiał być król Kazimierz Wielki. Nie do końca dziś wiemy, dlaczego rola radnego Wierzynka była przez ówczesnych kronikarzy tak eksponowana. Być może po prostu reprezentował przed zacnymi gośćmi Radę Miejską stołecznego Krakowa. Nawet jeśli rzeczywiście jakieś spotkanie “na szczycie” odbyło się w jego domu, to nie mamy pewności gdzie dokładnie. Wierzynkowie (a właściwie Wirzingowie) byli bowiem już wtedy zamożną i wpływową rodziną. Posiadali bowiem niejedną nieruchomość. Tak więc dokładnego adresu uczty nikt dziś nie zna. Tymczasem kilkaset lat później historia zatoczyła koło. Otóż opowieść o zjeździe monarchów usłyszał pewien pomysłowy restaurator Kazimierz Książęk. Otwierając restaurację przy Rynku Głównym 16 (w kamienicy należącej niegdyś istotnie do Wierzynków), postanowił połączyć fakty i tak oto nastąpił wielki „powrót do tradycji”. Tak, to tu mógł reklamować się właściciel: “Tylko u mnie królewskie dania! Atmosfera średniowiecza!”. Sam pan Książek nie nacieszył się jednak zbyt długo swoją restauracją. Wszystko działo się bowiem tuż po drugiej wojnie światowej, kiedy Rzeczpospolita przepoczwarzała się właśnie w Polskę Ludową. A władza ludowa przyszła i w 1951 roku znacjonalizowała (czyli zabrała) właścicielowi ów przybytek.

Aż do końca istnienia PRL-u funkcjonował tu państwowy już kombinat gastronomiczny (tak, naprawdę tak się nazywał) „Wierzynek” i było to jedyne bodaj wówczas miejsce, gdzie można było przyprowadzić gości z zagranicy. Na tle ogólnej mizerii, dla „Wierzynka” zawsze trzeba było znaleźć jakiekolwiek sensowne produkty gastronomiczne, z których „czarodzieje kuchni” musieli upichcić coś w miarę smacznego. Dziś, przeglądając ówczesne menu, smakosze muszą czuć się zawiedzeni – ot, zwykłe dania, skomponowane z garści lokalnych składników. Pamiętać jednak należy, że nic innego po prostu nie było! Żadne tam homary, parmezany czy inne trawy cytrynowe. Dziś w dowolnym lokalu wybór składników jest z dobre dziesięć razy bogatszy. Restauracja przynosiła jednak zysk – i oto chodziło! Turyści zostawiali dolary czy też w ostateczności inne zagraniczne pieniądze (tzw. dewizy), za które później PRL mógł kupić…cokolwiek. Polski złoty był bowiem walutą w ówczesnym świecie nic nie wartą. Restauracja „Wierzynek” (oczywiście sprywatyzowana) istnieje do dziś, radzi sobie i biznes się kręci (zresztą w takiej lokalizacji, trudno żeby było inaczej). Obok wejścia i napisu z nazwą lokalu widnieje dumna data: „1364”. Niech już sobie będzie, ale chyba nie ma co się do niej nadmiernie przywiązywać…

Restauracja “Wierzynek”

Dzielny oracewicz

Kolejna rzeczą, jaką dziś chciałbym poruszyć, jest kwestia tablicy umieszczonej na murze Barbakanu. Warto zauważyć na marginesie, iż sama nazwa „barbakan” jest dość młoda (jak na Kraków) i w zasadzie ahistoryczna. Przez stulecia – aż do XIX wieku – budynek ten potocznie nazywano “Rondlem” i może trochę szkoda, że określenie to popadło w niepamięć. Wracając jednak do wątku głównego: otóż na murze Barbakanu vel Rondla znajdziemy tablicę, która również nie przekazuje nam do końca prawdy historycznej. Upamiętnia ona pewnego pasamonika (pasamonicy zajmowali się wytwarzaniem powiedzmy…pasmanterii) Marcina Oracewicza. Wsławił się ów dzielny mąż w czasie konfederacji barskiej. Wówczas to, w roku 1768, dokładnie 22 czerwca, grubo ponad tysiąc rosyjskich żołdaków przystąpiło do szturmu Krakowa. Miasto zajęte zostało dzień wcześniej przez skonfederowane oddziały polskie, które (trochę na siłę) zmusiły Kraków do przystąpienia do konfederacji. Mniejsza w tej chwili o szczegóły historyczne; sytuacja była taka, że u bram stał wróg: silny, liczny, nowocześnie zorganizowany i dobrze wyposażony. Krakowa bronił przeciętnie wyposażony oddział konfederatów (w większości typowi, wąsaci „panowie szlachta”) oraz kilkudziesięciu uzbrojonych mieszczan. Efekt był łatwy do przewidzenia… Rosjanie ruszyli do szturmu. Ich dowódca, generał Iwan Panin wyszedł przed szereg, by dać ostatnie wskazówki i wskazać słabe punkty w murach. I wtedy… nastąpił koniec. Generał w ułamku sekundy padł jak rażony piorunem. To właśnie wspomniany przed chwilą Marcin Oracewicz pozbawił go życia jednym, celnym strzałem. I jeszcze gdyby to był chociaż klasyczny nabój, ale nie! Amunicja już się skończyła, Oracewicz sięgnął więc po okazały guz (guzik) od swego żupana, guzem tym nabił broń i wystrzelił. Kto kiedykolwiek widział jak wygląda taki żelazny guz, ten wie, że faktycznie można by nim zabić. Śmierć nastąpiła więc na miejscu, skonfudowani Rosjanie odstąpili od oblężenia. Oracewicz został bohaterem Krakowa. I tak kończy się piękna… legenda.

Postać Oracewicza jest autentyczna, faktycznie był pasamonikiem, w dodatku starszym całego cechu. Był też z pewnością uzdolnionym strzelcem, wyróżniającym się wśród innych braci kurkowych (do których należał). Nie mógł jednak zabić generała Panina – gdyż Panina tam po prostu nie było! Nie jest to żadne wielkie odkrycie. Historycy już dawno ustalili, że oblężeniem rosyjskim dowodził podpułkownik Bock, a nie żaden Panin. W dodatku Oracewicz owszem, trafił go, ale nie od razu. Dopiero trzeci strzał okazał się celny, a Bock dostał pociskiem w twarz, lecz nie zginął. Są jeszcze źródła, które głoszą, że owszem, zostały ranny – ale nie Bock, tylko jeszcze inny oficer… O to czy strzelano tradycyjną kulą, czy też guzem od żupana nie będziemy się rozwodzić. Okres konfederacji barskiej obfituje w tego typu mity i legendy.

Tak więc legenda ta nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Niemniej jednak celny strzelec Oracewicz doczekał się w Krakowie swojego popiersia, był wszak postacią autentyczną i wsławił się w obronie swojego miasta. Tablica na Barbakanie informująca o zabiciu Panina nie przekazuje nam jednak prawdy. Szczegół? Owszem. Szczegół i nic więcej. Taka ówczesna „miejska legenda” miała po prostu wzmacniać morale Polaków w okresie niewoli (tablicę wmurowano pod koniec XIX wieku). Podkreślać bohaterstwo i heroizm przodków i dawać nadzieję na bardziej optymistyczną przyszłość. Zresztą (domniemane i autentyczne) czyny Oracewica właściwie na niewiele się zdały. 17 sierpnia 1768 roku nocnym oraz wzmocnionym szturmem Rosjanie i tak zdobyli Kraków, a miasto tak się im spodobało, że zadomowili się w nim na kilka lat. W sumie może trochę szkoda, że ani Panin, ani Bock nie zginęli podczas oblężenia. Może mieliby nauczkę – trzeba było siedzieć w swoim Riazaniu, czy Jekaterynburgu…

Tablica na Barbakanie

mieszko i dobrawa………… wróć! Jadwiga i jagiełło

Skoro jesteśmy pod Barbakanem, to zróbmy sobie jeszcze kilkuminutową przechadzkę Plantami.

Mijamy ul. Sławkowską i już jesteśmy u celu. Oto kolejne (grubsze już nieco) fałszerstwo historyczne. Na Plantach widzimy pagórek. A na nim pomnik. Przedstawia on Władysława Jagiełłę i jego żonę Jadwigę. Przynajmniej oficjalnie. Nie każdy wie, iż postaci tam wyrażone przedstawiają kogoś zupełnie innego. A było to tak…

Dawno, dawno temu, w roku 1866, rzeźbiarz Oskar Sosnowski stworzył ów pomnik z okazji 900-lecia chrztu Polski. Dzieło przedstawiało Mieszka I i jego żonę Dąbrówkę vel Dobrawę, czyli tych państwa, którzy oficjalnie wprowadzili w kraju nową religię. Rzeźba inspirowana było nieco postaciami Mieszka i Bolesława Chrobrego ze Złotej Kaplicy w Poznaniu. Jej docelowym przeznaczeniem nie miał być wcale Kraków, lecz Watykan. Ówczesny Ojciec Święty miał rozkoszować się walorami artystycznymi tego dzieła w swoich ogrodach. Walory te okazały się jednak dyskusyjne, w efekcie czego pomnik nigdy tam nie dotarł. Rzeźba stała sobie gdzieś w Rzymie (tam tworzył Sosnowski) przez lata bezużytecznie, obrastając w pajęczynę. Aż tu nagle – tak! Oto jest kolejna rocznica! W 1885 przypada 500-lecie unii Polski i Litwy w Krewie. Rzecz jasna, wydarzenie to należy upamiętnić stosownym pomnikiem. Tyle, że takiego nie ma….

Zaraz, zaraz… Okazało się, że znużony brakiem zainteresowania ze strony papieża, Sosnowski przesłał w końcu (po latach ) pomnik do Krakowa. Liczył, że może tutaj komuś się na coś przyda. I się nie pomylił! Oszczędni włodarze miasta, zamiast wykładać pieniążki na nowy pomnik, po prostu wyciągnęli ten, który kurzył się w magazynie. A że nie przedstawiał Jadwigi i Jagiełły? Cóż… kogo to obchodzi?

Ale czy chociaż 10 procent przechodzących codziennie koło pomnika spacerowiczów jest tego świadoma? No właśnie.

Zarówno rysy obu postaci, jak i ich odzież nie do końca odpowiadają naszym wyobrażeniom o czasach Jadwigi i Jagiełły oraz o nich samych (nawet jak na ówczesny stan wiedzy). W dodatku sam pomnik i tak stanął nieco za późno, w rok po rocznicy („501-lecie unii w Krewie”!). Cóż tam jednak kolejny detal. Da się z tym żyć, anegdota za to jest wyborna! I prawdziwa.

Pomnik Jadwigi i Jagiełły

To oczywiście nie wszystko w materii, którą dziś poruszyliśmy. Za tydzień następna porcja nieszkodliwych tablic i monumentów, których treść (a czasem w ogóle samo istnienie) jest wszakże dyskusyjna. Mamy nadzieję, że kontynuacja tematu spotka się z Waszym zainteresowaniem. Wyrażona w komentarzach aprobata Czytelników przyjęta zostanie życzliwie, ewentualne protesty zaś, nie zostaną uwzględnione.

4 thoughts on “Kłamstewka większe i mniejsze”

  1. Uwielbiam poznawać takie anegdoty i fakty o Krakowie. A sposób w jaki to przedstawiacie jest genialny. 🙂 czekam na więcej.

    1. Pomnik z pewnością jest po części wizją artysty, inspirowaną “romantycznym” mauzoleum pierwszych Piastów w Poznaniu. Pracujący za granicą Sosnowski wzorował się na tym co zapewne kiedyś zobaczył w Poznaniu, bądź w jakiejś reprodukcji. Do tego rzeźba z pewnością była trochę przygotowana do ustawienia na Plantach, stąd tablica unii w Krewie.

  2. Bardzo ciekawie się to czyta, ale jedno mnie niepokoi, jak to dokładnie było z tym pomnikiem? Godła na tarczach odnoszą się stricte do Unii w Krewie, korona na głowie sugeruje że jest to jednak wizerunek króla (a Mieszko takowym nie był), uzbrojenie również jest późniejsze niż czasy Mieszka I (pas rycerski i bigwanty) aczkolwiek to mogłabyć spokojnie fantazja artysty. Natomiast nie wyobrażam sobie, żeby u nóg Mieszka I znajdowały się tarcze z godłami Unii a na jego głowie korona, bo to po prostu nie miałoby sensu. Czy pomnik był przerabiany? Czy może to obalanie mitów jest samo trochę oparte na mitach?

    1. Pomnik jest z pewnością po części wizją artysty, inpirowaną “romantycznym” mauzoleum pierwszych Piastów w Poznaniu. Pracujący za granicą Sosnowski wzorował się na tym co zapewne zobaczył kiedyś w Poznaniu, bądź w jakiejś reprodukcji. Do tego rzeźba była z pewnością trochę przygotowana do ustawienia na Plantach, stąd tablica unii w Krewie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *