epidemie Kraków

Epidemie Krakowskie

W zasadzie nie poruszaliśmy dotąd tematyki związanej z sytuacją epidemiczną. Złośliwy wirus jednak wciąż nie daje nam o sobie zapomnieć, co i rusz domagając się, by o nim mówiono i pisano. Idąc więc za radą jednego z Czytelników, sprawdźmy jak dawniej w Krakowie próbowano radzić sobie z podobnymi zagrożeniami.

Pandemia przypomniała nam (a przynajmniej powinna przypomnieć), że jesteśmy jedynie kruchą cząstką całego ekosystemu. Mikroskopijnych rozmiarów przeciwnik potrafi nie tylko powalić człowieka, ale zburzyć cały dotychczasowy porządek rzeczy – gospodarkę, kulturę, relacje towarzyskie i rodzinne. Potrafi doprowadzić do niepokojów i napięć społecznych, oraz – być może – do zmian politycznych. Pcha też do przodu rozwój nauki.

Trochę odzwyczailiśmy się od życia w zagrożeniu, obrazek „epidemia” kojarząc raczej z odległymi czasami. Współcześnie, mało kto spodziewał by się nawrotu zarazy. Ostatnia bodaj epidemia o podobnej skali (grypa hiszpanka), przemaszerowała przez świat 100 lat temu. Inna epoka! Dziś mamy internety, tablety, auta hybrydowe, loty w kosmos i supernowoczesną medycynę. A jednak… W rzeczywistości wirusy i choroby zakaźne towarzyszą nam cały czas. Tyle, że przenoszone są na różne sposoby. Przed niektórymi można się bronić, stosując profilaktykę (np. unikając tzw. ryzykownych zachowań). Zawsze jednak najgroźniejsze są te przenoszone drogą kropelkową. Rozprzestrzeniają się na masową skalę i tak naprawdę ciężko jest im zapobiec – co obserwujemy w tej chwili właśnie.

Walki z epidemią

Dawniej epidemie zdarzały się jednak częściej – co kilka, kilkanaście lat. I oczywiście, nie omijały również Krakowa. Niewiele wiedziano o samej chorobie, trafnie jednak diagnozowano, że winne jest ogólnie pojęte „powietrze”. Chorych nazywano więc zapowietrzonymi. „Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie!” – modlono się. Ze względu na żniwo, jakie zbierały owe choróbska, epidemię nazywano tez morowym powietrzem – od łacińskiego mors, czyli „śmierć” (to chyba także dalekie echo naszego „umrzeć”, „zmarły”, „pomór”).

Dziś nawet do końca nie wiemy, które konkretnie choroby dziesiątkowały krakowian przed wiekami. Zapewne najczęściej były to dżuma i czarna ospa, ale też tyfus, febra i inne. Pierwsze informacje o zarazie w Polsce (prawdopodobnie również i w naszym mieście), pochodzą już z XI wieku. W XIII wieku pojawia się przywleczony z Azji trąd. Rozwojowi zarazy zawsze sprzyjały specyficzne warunki średniowiecznych i nowożytnych miast – ciasnota, gęsta zabudowa, szokujące niekiedy standardy higieniczne i warunki sanitarne. Epidemie stale i cyklicznie się powtarzały.

Dżuma w Krakowie

Zaraza w 1348 roku (dżuma) wybiła jednak szacunkowo około połowy ludności Europy i dociera również pod Wawel. Miasto ogarnęła zgroza. Wobec braku odpowiedniej opieki medycznej, jedyną radą była (zalecana przez medyków) ucieczka z miasta. Z reguły jednak, możliwość taką mieli jedynie ludzie względnie zamożni, dygnitarze państwowi, rodzina królewska. Obowiązkowo natomiast musiała pozostać na miejscu grupa funkcjonariuszy porządkowych i burmistrz. Otrzymywał on wówczas tytuł „burmistrza powietrznego” i specjalne prerogatywy. Opiekował się uboższą częścią ludności, przeważnie znacznie bardziej podatnej na zachorowanie (ze względu na warunki życia).

Jak walczono z dżumą w XIV wieku w Krakowie?

Zorganizowano w Krakowie wielkie porządki – sprzątano ulice z błota, ścieków i „wszelkiego plugastwa”. Wprowadzono zakaz zgromadzeń – zamknięto łaźnie i gospody, wprowadzono kontrolę przyjezdnych. Wypędzono poza mury nędzarzy i prostytutki. Powszechne modły i akty pokutne nie przyniosły jednak spodziewanego rezultatu. Podobnie jak okadzanie ziołami, rozmaite specyfiki do spożywania, itp. „wynalazki”.

Mimo wysiłków i ofiarności wielu ludzi dobrej woli, codziennie umierało w grodzie Kraka po kilkadziesiąt osób. Dla zapowietrzonych istniały specjalne domy izolacyjne i osobne szpitale, zakładane poza obrębem miasta. Szpitale były jednak wówczas raczej przytułkami i nie były w stanie fachowo pomóc ofiarom choroby. Ówcześni lekarze sami nie umieli się dostatecznie zabezpieczyć. Nosili zapewne charakterystyczne, przerażające stroje – długi płaszcz, okulary ochronne i maska z „ptasim” dziobem. Dziób ten, wypełniony był rozmaitymi wonnościami, mającymi zapobiec wdychaniu szkodliwego powietrza.

Poszukiwania Przyczyn

Nie potrafiono znaleźć przyczyn zarazy. Jedni widzieli niej plagę zesłaną przez Boga na ludzi za ich grzechy. Astrolodzy analizowali układy gwiazd – może to stąd się bierze? Inni szukali racjonalnych przyczyn, upatrując źródeł nieszczęść w siłach przyrody, gdzieś w podziemiach, na dnie wód, w mrocznych jaskiniach… A profilaktyka? Maciej z Miechowa (czyli Miechowita), zalecał w swym traktacie medycznym m.in. by się nie przemęczać, ograniczyć „pijaństwo i obżarstwo”, unikać jedzenia owoców (sic!) i wystawiania się na podmuchy wiatru – „zamykać okna od południa i zachodu”, gdyż wiatry wiejące z tychże kierunków są najbardziej „zgubne i szkodliwe”. Zachęcał też do zabiegu upuszczania krwi „celem przewietrzenia serca i oddechu”. Oczywiście zabieg taki, jedynie dodatkowo osłabiał organizm, ale przez wieki, był uważany za remedium na wszelkie niemal dolegliwości.

Domy zabijane deskami?

By zapobiec transmisji drobnoustrojów (z których istnienia nie zdawano sobie jeszcze zresztą sprawy), zarażone osoby izolowano w domostwie, a wejście i okna do budynku zabijano deskami. Dom taki, „powietrzem rażony”, otrzymywał dozór pachołków miejskich. Zamkniętym w środku, dostarczano jedynie żywność. Co działo się wówczas z mieszkańcami, możemy się jedynie próbować domyślać. W zasadzie uznawano takich zmarłymi za życia. Jeszcze żywi, ale dla społeczeństwa już nieistniejący. Jedynie co jakiś czas przychodził z kontrolą grabarz – zabierał co swoje i znikał. Zwłoki ofiar zarazy, od wieków starano się chować poza murami, z dala od skupisk ludzkich. Ich wywóz z miasta, zorganizowany był czymś w rodzaju specjalnego, uprzywilejowanego konwoju.

Szczelnie zakryte ciała umieszczano na wozie, ciągniętym przez konia zaopatrzonego w specjalne dzwoneczki ostrzegające. Ich dźwięk miał oznaczać dokładnie to, co dziś samochodowe „koguty” – z drogi, ładunek niebezpieczny! Bezimienne zwłoki wrzucano do zbiorowej mogiły, zasypywano wapnem i… już. Nawrotka i jedziemy po następny ładunek. Istnieją wzmianki o zespołach grabarzy, pracujących podczas zarazy dniem i nocą. Rzeczy osobiste pozostawione przez ofiary (szczególnie ubrania) palono.

Klęski tego typu cyklicznie nawiedzały dawny Kraków. Wyjątkowo groźna epidemia, miała miejsce w latach 1359-60. Zaraza z lat 1543-44, zabrała około połowy ludności ówczesnej aglomeracji stołecznej. To właśnie wielka epidemia, przyczyniła się do początku upadku Krakowa w połowie XVII wieku. Upadku, z którego miasto zaczęło podnosić się dopiero po ponad 200 latach…

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *