Biskupie – problematyczna jurydyka Krakowa

Czas na przechadzkę po sąsiadującym z Garbarami (przez Młynówkę) przedmieściu Biskupie. To również ciekawa okolica, zamieszkana przez wcale nie mniej sympatycznych mieszkańców. Poznajmy ich bliżej. 

Gdzie była jurydyka Biskupie?

Zacznijmy od lokalizacji, gdyż zasadniczo miejsce zwane „Biskupie” nie istnieje w społecznej świadomości dzisiejszych krakowian. Granicami tej jurydyki były więc mniej więcej: od zachodu dawna Młynówka (równoległa do ul. Łobzowskiej), a od wschodu ul. Długa. Główną osią była dzisiejsza ulica Krowoderska, przez całe stulecia zwana właśnie Biskupią.

Przed jurydyką

Biskupie powstało na terenach od zamierzchłych wieków należących do biskupów krakowskich, z czasem jeszcze dodatkowo rozszerzonych. Biskupi mieli tu swoją podmiejską, letnią siedzibę – już w XIII wieku teren ten zwany jest „Białą Wieżą”, co może sugerować istnienie tu jakiejś kamiennej budowli mieszkalno-obronnej. Później obiekt przekształcił się w wytworny renesansowy pałac z okazałym ogrodem, ostatecznie zniszczony podczas szwedzkiego „potopu”. Nigdy już go nie odbudowano, do dziś nawet trwają spory, w którym miejscu stała ta budowla. 

Założenie jurydyki

Wykorzystując swoje uprawnienia i możliwości, biskupi założyli na tych gruntach dochodową jurydykę, jedną z pierwszych w Krakowie. Początkowo istniał tu folwark, z czasem przekształcony praktycznie w miasteczko – na prawie niemieckim. I to nie takie małe. Jurydyka otrzymała własny samorząd, na którego czele stał osobnik zwany „vladariusem” – czyli włodarzem, mianowany zawsze przez biskupa. Z czasem wprowadzono też specjalną ordynację zabezpieczającą przed potencjalnym rozdrobnieniem tych gruntów. Biskupie stało się poważnym ośrodkiem gospodarczym o charakterze rzemieślniczo-ogrodniczym, podległym parafii św. Szczepana. Mieszkańcy musieli w ramach pańszczyzny m.in. kosić łąki w dobrach biskupich na Prądniku. Zamieszkiwali tu licznie piekarze, ogrodnicy, krawcy, szewcy, a także ludzie służący na co dzień na dworze biskupim. Potencjał ekonomiczny Biskupiego był źródłem niesłychanego utrapienia dla miasta Krakowa. Była to jedna z najbardziej uciążliwych i szkodliwych podkrakowskich jurydyk. Dlaczego? 

Jurydyka Biskupie. Źródło: https://www.poczetkrakowski.pl/maleojczyzny/i-byle-miasta-satelickie-krakowa/byle-jurydyki-krakowa/

Dlaczego była szkodliwa?

Jak już wiemy, Garbary były jurydyką miejską – należały do Krakowa i to Kraków czerpał z niej dochody. Rzemieślnicy garbarscy przynależeli w większości do cechów krakowskich, wzajemna koegzystencja układała się więc w miarę pomyślnie. Na Biskupiem było inaczej. Z punktu widzenia miasta, była to osada prywatna, jej mieszkańcy nie należeli do krakowskich cechów – byli klasycznymi „partaczami”, czy też „przeszkodnikami” jak dawniej mówiono. I to drugie właśnie słowo, lepiej chyba oddaje istotę zjawiska. Kilkusetletnia historia Biskupiego, to ciąg awantur, oskarżeń, pozwów i procesów, a nawet wyrządzania fizycznej szkody przeciwko mieniu mieszkańców – oczywiście sprawcami byli krakowianie, czujący się pokrzywdzonymi z powodu nieuczciwej konkurencji. Rzemieślnicy z Biskupiego bez oporów handlowali wytworzonymi przez siebie towarami, nie przejmując się żadnymi ograniczeniami cechowymi. Nierzadko były to produkty wcale niezłej jakości, wyraźnie natomiast tańsze od „miejskich”. I… łatwiej dostępne. Prawdopodobnie bowiem np. piekarnie krakowskie nie wytwarzały tyle chleba, ile było potrzebne na co dzień w mieście. I w tę lukę rynkową wciskali się obrotni piekarze    z Biskupiego! Nie ma czegoś w Krakowie? Albo jest ale drogo? Odpowiedzialny za zakupy w domu, udawał się po prostu na przedmieście – tam było zawsze „wszystko i tanio”. 

Bałagan prawny?

Mieszkańcy Biskupiego wykorzystywali też bałagan prawny – królowie raz zatwierdzali im prawo swobodnego handlu (np. pieczywem), chwilę później (pod wpływem władz Krakowa) – odwoływali je. I tak w kółko. W dodatku mieli oni możnego protektora, w osobie biskupa krakowskiego – a był to urząd niezwykle wpływowy w dawnej Rzeczypospolitej. Dzisiaj wydaje się jednak, że jurydyka ta nie stanowiła dla Krakowa jakiegoś szczególnego zagrożenia – stanowić je mogła natomiast dla miasta Kleparza. Potencjał gospodarczy Biskupiego był (zdaniem badaczy) porównywalny do potencjału takich małopolskich miast jak… Chrzanów, Sącz, czy Olkusz! A mieszkańcy reprezentowali wszystkie funkcje i zawody, typowe dla przeciętnego, samodzielnego miasteczka. Jurydyki podkrakowskie bywały więc silniejsze ekonomicznie od Kleparza.

Problemy

Ale i tu nie brakowało problemów. Przede wszystkim, Biskupie pozbawione było jakichkolwiek fortyfikacji – drewniana zabudowa dzieliła więc losy innych przedmieść  i szła z dymem, podczas każdej zawieruchy wojennej wokół Krakowa. Przykładowo po „potopie” z 51 dawnych domów doliczono się… 5. Plus jednej „budy”. Biskupi rozważali nawet, czy całkowicie nie zaniechać odbudowy. W zamian zamierzano lokować nowe miasteczko (nazwane Stanisławów), na Prądniku Białym. Ostatecznie podźwignięto jednak Biskupie z ruin, nadając przy okazji jurydyce nowy kształt urbanistyczny – otrzymała ona coś w rodzaju głównego placu (dzisiejsza ulica Biskupia, zwana zresztą powszechnie „placem” właśnie).

Nowa specjalizacja

Wraz z postępującym upadkiem państwa i miasta (a więc i poniekąd społeczeństwa), jedną ze smutnych specjalności Biskupiego stało się gorzelnictwo. Po wejściu Austriaków, wraz z innymi jurydykami, włączono je w obręb Krakowa. Co z Biskupiego zostało do dziś (poza zszarganymi nerwami krakowian)? Faktycznie nie tak wiele. Najbardziej w oczy rzuca się właśnie dawny ryneczek – dzisiejsza ulica Biskupia. Resztki licznych ogrodów ostatecznie rozparcelowano w okresie międzywojennym. Z zabudowy przedmieścia nie przetrwało zupełnie nic – z wyjątkiem jednego obiektu. Chodzi o (zlokalizowany właśnie przy „ryneczku”) zespół klasztorny sióstr Wizytek. Powstał on w ramach odbudowy przedmieścia po „potopie” – być może na miejscu dawnej rezydencji biskupów. Ten barokowy kompleks ufundował biskup Jacek Małachowski, jako wotum w podzięce za ocalenie życia podczas wypadku. Biskup poszedł trochę „po taniości”, stawiając kościół akurat na swoich gruntach, ale to w sumie praktyczne podejście i każdy na jego miejscu chyba by tak zrobił? Zapewne w niebiosach będzie mu to wybaczone.

Owszem, Biskupie dało się trochę we znaki dawnym krakowianom. Ale nie ulega wątpliwości, że jego mieszkańcy byli prywatnie z pewnością bardzo sympatyczni – dokładnie tak jak obiecywałem we wstępie. Nieprawdaż?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.